Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Teza o Aleksandrze Łukaszence jako ostatnim obrońcy niepodległości Białorusi wydawała się być logiczna i spójna. Dyktator miał bronić niepodległości, bo nie chciał się dzielić władzą z Władimirem Putinem i zostać jego wasalem. Dlatego w ostatnich latach była ona niezwykle popularna na Zachodzie i stała się fundamentem zachodniej polityki wobec Białorusi. Jednak wystarczyło, by prezydencki fotel zaczął się niebezpiecznie bujać, a Aleksander Łukaszenka natychmiast zwrócił się po pomoc do Władimira Putina i zaczął straszyć zbuntowanych Białorusinów rosyjskim wojskiem.

- Rosja przy pierwszym apelu udzieli pomocy w zagwarantowaniu bezpieczeństwa Białorusi – oświadczył Łukaszenka wczoraj po rozmowie telefonicznej z Władimirem Putinem. Obyła się ona z inicjatywy białoruskiego prezydenta, w dramatycznym dla niego momencie.

Zarysowania na rządowym monolicie

Na Białorusi od tygodnia trwają protesty. Mimo tysięcy aresztowanych, mimo ofiar śmiertelnych Łukaszence nie udało się ich złamać. Przeciwnie, przybierają one na sile i rozlewają się po całym kraju. Gdy zrezygnowano ze scenariusza siłowej pacyfikacji, szybko okazało się, że poza nią Łukaszenka w ogóle nie ma pomysłu na wyjście z impasu. Tymczasem Białorusini przeżywają swój karnawał wolności. Dziesiątki tysięcy demonstrantów zalewają centralne place białoruskich miast. Strajkują - częściowo bądź w całości - wszystkie najważniejsze zakłady pracy, ruch protestacyjny przenosi się do maleńkich miasteczek i wsi. Zazwyczaj apatyczni i milczący mieszkańcy Białorusi teraz mówią, dyskutują, stawiają żądania.

Aparat państwowy patrzy na to z przerażeniem, gdyż coraz bardziej zdaje sobie sprawę z własnego wyobcowania. Pojawiają się więc wątpliwości i na monolicie władzy widzimy pierwsze zarysowania. Kierownik stołecznej fabryki ciągników MKZT Alaksiej Rymaszeuski przyznał przed robotnikami, że Łukaszenka przegrał wybory prezydenckie. Solidarność z protestującymi zadeklarował Paweł Łatuszka, były minister kultury i ambasador Białorusi w Polsce.

Bunty w rządowej telewizji

Oznaki nielojalności pojawiają się też w reżimowych mediach. Na portalu telewizji ONT ukazał się tekst o pokojowych protestach na Białorusi, w których masowo uczestniczą robotnicy, nauczyciele, lekarze... Podobny przekaz kontrastuje z tezami propagandy o wierzycielach i zagranicznych najemnikach, dlatego wywołał on poruszenie w internecie i szybko został usunięty.

Na innej tubie propagandy – telewizji „Białoruś 1” zapowiedziano strajk w wypadku, jeżeli dziennikarze nie będą mogli „mówić prawdy”. Uspokajać nastroje w telewizji przyjechały osoby z najbliższego otoczenia Łukaszenki: kierownik służby prasowej Natalia Ejsmont i szefowa Rady Republiki Natalia Kaczanowa. Zgrzyty w pracy reżimowych mediów są pierwszą poważną oznaką, że śruby białoruskiego systemu już nie pracują tak, jak zwykle. Jeżeli sączenie propagandy zostanie przecięte, to zmiana nastawienia urzędników i siłowików będzie kwestią czasu.

Walka o lojalność aparatu

Walka o telewizje jest więc dla Łukaszenki walką o wszystko. Dlatego właśnie w tym momencie postanowił on sięgnąć po swoją wunderwaffe. Poprosił on o rozmowę z Władimirem Putinem. Relacja z niej rozpowszechniona przez putinowską służbę prasową była lakoniczna. Putin miał wyrazić przekonanie, że kryzys na Białorusi szybko się rozwiąże.

- Najważniejsze – powiedział władca Kremla – żeby tych problemów nie wykorzystały destrukcyjne siły w celu wyrządzenia szkody współpracy obu państw w ramach Państwa Związkowego.

Sygnał wysłany przez Kreml wydaje się być jednoznaczny – integracyjne osiągnięcia Moskwy i Mińska muszą zostać nienaruszone. I tyle.

Łukaszenka przedstawił swoją wersję rozmowy. Według niego Putin miał zapewniać swego białoruskiego kolegę, że ten może liczyć na wsparcie ze strony Rosji w wypadku destabilizacji.

Aleksander Łukaszenka ciągle ma wierne służby specjalne i wojsko. Nie wątpię, że gdyby teraz powrócił do siłowego scenariusza, znaleźliby się funkcjonariusze gotowi wykonywać jego rozkazy. Ceną za utrzymanie się przy władzy w zrewoltowanym kraju byłyby jednak setki zabitych. Na to, przynajmniej na razie, Łukaszenka nie jest gotów. Sięgnięcie po autorytet Putina nie jest więc spowodowane chęcią ściągnięcia rosyjskiego wojska na Białoruś i zastąpienia nim nielojalnych Białorusinów. Jest ono demonstracją, psychicznym atakiem na wyczekującą część nomenklatury i ludzi protestujących na ulicach.

- Pozostańcie lojalni, bo inaczej zawołam Rosjan – mówi Białorusinom Łukaszenka.

Rosyjska ruletka

Czy ta groźba zadziała? Czy przekona ona wahających się ludzi władzy, by pozostali w obozie Łukaszenki? Czy wystraszy Białorusinów, wśród których dominują prorosyjskie nastroje? I najważniejsze: czy znienawidzony przez Białorusinów dyktator, ratując się, może wepchnąć Białoruś w ramiona Rosji? Odpowiedzi na te pytania poznamy już niebawem.

Od wczoraj faktem zaś jest, że walcząc o władze, pierwszy prezydent niepodległej Białorusi jest gotów grać suwerennością swojego kraju. Ostatni obrońca niepodległości Białorusi w mgnieniu oka może się stać jej śmiertelnym wrogiem. Zachód w wypadku podobnej rozgrywki wydaje się być absolutnie bezradny. I to nie może nie napawać niepokojem.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.