Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Białoruski prezydent ogłosił w sobotę w wieczornym wystąpieniu telewizyjnym, że podjął decyzję o przesunięciu brygady powietrzno-desantowej na zachodnią granicę kraju. Uzasadnił to rzekomą wzmożoną aktywnością ruchów wojsk w Polsce i na Litwie. Dodał również, że w tej sprawie współpracuje z prezydentem Putinem.

Rządowa agencja Biełta wprost pisze o możliwej interwencji wojsk rosyjskich, powołując się na umowę stowarzyszeniową obydwu krajów i możliwość interwencji sił zbrojnych w przypadku "zagrożenia zewnętrznego" jednego z nich. Łukaszenka powiedział, że miał "długą, szczegółową" rozmowę" z Putinem, podczas której obydwaj uzgodnili, że Rosja ma przyjść z pomocą wojskową Białorusi na jej prośbę.

- Gdy chodzi o element wojskowy porozumienia, jakie mamy zawarte z Federacją Rosyjską w ramach umowy stowarzyszeniowej, to obecna sytuacja spełnia te kryteria. (...) Uzgodniliśmy też, że gdy tylko poprosimy, dostaniemy kompleksową ochronę w celu zapewnienia bezpieczeństwa Republice Białorusi - stwierdził białoruski prezydent.

To, że pod taką interwencję szykowany jest grunt świadczyć może jego inna wypowiedź, w który stwierdził, że jest zaniepokojony ilością broni, jaka jest rzekomo kupowana przez demonstrantów w Polsce i na Litwie (choć w rzeczywistości protesty przebiegają pokojowo). 

Białoruski prezydent jeszcze w piątek stwierdził, że demonstracje oraz strajki, do których dochodzi w kraju w związku ze sfałszowanymi przez władze wyborami, "przebiegają według podręcznika kolorowych rewolucji".

"Obrona Białorusi to również obrona ZBiR"

Tak nazywane są protesty, które miały miejsce w Gruzji w 2003 r. podczas rewolucji róż oraz na Ukrainie (w latach 2003-04 pomarańczowa rewolucja i protest euromajdanu w 2014 r.). Obaleni w nich autokraci twierdzili, że za przewrotami stoją obce państwa oraz grupy wpływu.

- Obrona Białorusi oznacza nie mniej niż obronę całej naszej przestrzeni, związku Białorusi i Rosji. Większość z tych, którzy wałęsają się po ulicach, nie rozumie tego - stwierdził Łukaszenka w sobotę, cytowany przez agencję Biełta.

Władimir Putin i Aleksander ŁukaszenkaWładimir Putin i Aleksander Łukaszenka Mikhail Klimentyev / AP

Czy Łukaszenka szykuje prowokację?

Podczas sobotniego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Białorusi Łukaszenka powiedział również, że pod adresem rodzin milicjantów oraz żołnierzy adresowane są groźby ze strony demonstrantów. - Wzywam ich jak mężczyzna, by od tego odstąpili. Nie igrajcie z ogniem! Nasze wojsko ma wystarczająco dużo środków, by bronić siebie, swoich rodzin oraz zapewnić bezpieczeństwo państwu - mówił Łukaszenka.

Prezydent Białorusi jeszcze w piątek wezwał obywateli do tego, by nie wychodzili na protesty i nie stali się "mięsem armatnim". Ale Białorusini nie posłuchali. Wielotysięczne manifestacje trwały zarówno w piątek, jak i w sobotę. Przed południem miał miejsce pogrzeb Aleksandra Tarajkowskiego, który został zastrzelony podczas demonstracji w Mińsku w nocy z poniedziałku na wtorek. Kilka tysięcy osób demonstrowało w stolicy w miejscu, gdzie zginął, krzycząc pod adresem Łukaszenki: "Odejdź!".

Prezydent Białorusi Aleksander ŁukaszenkaPrezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka Yuri Oreshkin / AP

Siłowiki rezygnują z przemocy

Brutalna pacyfikacja demonstrantów trwała na Białorusi przez kilka dni i zaczęła się po wyborach, które odbyły się w minioną niedzielę. Według oficjalnych danych wygrał je Aleksander Łukaszenka, zdobywając ponad 80 proc. głosów, zaś jego kontrkandydatka Swietłana Cichanouska - tylko ok. 10 proc. W powszechnej opinii zostały one jednak sfałszowane przez władze, a stopień poparcia dla rządzącego od 26 lat prezydenta jest znacznie niższy.

Przesilenie w kraju nastąpiło w czwartek, gdy milicjanci zaczęli odmawiać pacyfikacji tłumów. Niektórzy demonstracyjnie palili mundury i przeszli na stronę protestujących. W piątek i sobotę demonstranci manifestowali nieniepokojeni przez OMON (białoruski odpowiednik dawnego polskiego ZOMO) i inne służby.

Łukaszenka szukał schronienia w Rosji?

Agencja Bloomberg donosi, że w piątek ludzie z otoczenia Łukaszenki sondowali możliwość ucieczki do Rosji, gdzie miałby się schronić w przypadku rebelii. Tego samego dnia z aresztu zwolnionych zostało 32 rosyjskich żołnierzy z Grupy Wagnera, którzy są płatnymi najemnikami Rosji działającymi w operacjach wojskowych na całym świecie. Na Białoruś mieli przyjechać, by przed wyborami przeprowadzić zamachy oraz siać polityczny zamęt.

- Łukaszenka kontroluje już nie Białoruś, tylko służby. Nie jest jednak jasne to, czy pozostaną one wobec niego lojalne. I to właśnie przyprawia Putina o ból głowy - mówi w rozmowie z Bloombergiem Gleb Pawłowski, były doradca Kremla.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.