Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Niemal od niemal tygodnia na Białorusi trwają protesty i strajki, które są odpowiedzią obywateli na - jak sami podkreślają - nie tylko sfałszowanie wyniku wyborów prezydenckich 9 sierpnia, pogarszającą się od miesięcy sytuację ekonomiczną w kraju i cynizm władzy, ale też reakcją na nieuzasadnioną brutalność funkcjonariuszy struktur siłowych, pacyfikujących pokojowe demonstracje. Bowiem tylko według oficjalnych danych MSW w ciągu pierwszych trzech dni protestów zatrzymano 7 tys. osób.  

Prócz wychodzenia na demonstracje, które w pierwszych trzech dniach za sprawą siłowików i ich bezprecedensowej agresji przerodziły się w regularne walki, Białorusini postanowili wpłynąć na władzę i sytuację w kraju, opuszczając swoje miejsca pracy. 11 sierpnia został ogłoszony ogólnokrajowy strajk.  

Możemy zapewnić sobie wolność, godność i przyszłość

Nie można jednak na razie mówić o strajku generalnym. Pracownicy setek zakładów każdego dnia przerywają pracę, by pod hasłem „Niech żyje Białoruś!” żądać zmian. 

„Co by się nie działo później, kto by nie był prezydentem, jacy politycy nie znajdowaliby się u władzy, tylko my, robotnicy, możemy zapewnić sobie wolność, godność i przyszłość. Organizujcie się! Bądźcie gotowi do walki o nasze prawa i interesy” – motywują się na forum Zabastabel Białorusini. 

Jako jedne z pierwszych zastrajkowały: fabryka samochodów BiełAZ, Grodno Azot, firma farmaceutyczna Biełmedpreparaty, mińska fabryka traktorów oraz Białoruski Zakład Metalurgiczny. Główny postulat: odsunięcie Aleksandra Łukaszenki od władzy. 

Wiele innych fabryk wciąż jednak nie przeprowadza strajków, a jedynie żąda spotkań z pracodawcami.  

Pracownicy BiełAZu spotkali się 13 sierpnia z kierownictwem fabryki. - Nastroje są bardzo napięte, ewidentnie nastawione na protest. Ludzie nie zgadzają się na takie wyniki wyborów  – informował redakcję portalu Meduza jeden z pracowników. - Na razie zakład pracuje, bo trzeba wykarmić rodziny, ale jeśli nic się nie zmieni, podejmiemy bardziej radykalne kroki.

BiełAZ żąda m.in. zaprzestania zaopatrywania struktur siłowych w produkowane tutaj samochody. 

Postulaty polityczne i socjalne

W związku ze strajkami w piątkowy wieczór przed siedzibą rządu zebrało się kilkanaście tysięcy osób. Na początku dominowali wśród nich pracownicy zakładów państwowych. Ponad dziesięć tysięcy ludzi, siedząc na bruku, kilkanaście metrów od stojących z opuszczonymi tarczami funkcjonariuszy, skandowało: „Łukaszenka, odchodź!”. 

- Będziemy kontynuować strajki i protesty. To najbardziej efektywna forma zakomunikowania tchórzliwym i okrutnym władzom naszego zdania – komentowali.

Podobne deklaracje są rozpowszechniane za pomocą niezależnego kanału „Strajk. Białoruś”, utworzonego w celu informowania o protestach w miejscach pracy w komunikatorze Telegram. 

- Nie jesteśmy Ukrainą. Mamy prawdziwą szansę, trzeba brać udział w proteście, tworzyć organizacje, współpracować ze strajkującymi pracownikami - mówi mi Sasza, pracownik branży IT, spotkany w centrum Mińska. 

Ci, którzy zdecydowali się na zamanifestowanie swojej niezgody nawołują innych, by dołączyli do akcji: „Chcemy, byście rozumieli, że eskalacja przemocy została powstrzymana przez robotników. Naszym obowiązkiem jest kontynuowanie protestu, aż zostaną spełnione nasze postulaty. Musimy do skutku żądać, by władze zdemokratyzowały kraj, zaprzestały terroru, uwolniły więźniów politycznych, ale też, by zaczęły spełniać oczekiwania dotyczące naszych własnych interesów” - piszą na kanale Zabastovka.BY. 

Prócz wspomnianych postulatów politycznych pojawiają się także żądania poprawy warunków zatrudnienia, zakazu pozbawiania premii, zwiększenia świadczeń, odwołania przepisu nakładającego na bezrobotnych kary na rzecz państwa z racji braku zatrudnienia oraz powołania związków zawodowych, które mogłyby realnie walczyć i dbać o interesy „klasy robotniczej”. 

Łukaszenka przyczyny protestu ma za nic

Aleksander Łukaszenka po raz pierwszy odwołał się do strajków w piątek.

Prezydent  - w odróżnieniu od ministra kultury Jurija Bondara twierdzącego, że „strajków nie ma i że "to tylko flashmob” - wydaje się zdawać sobie sprawę z tego, iż mają one miejsce. Z jego wypowiedzi wynika jednak, że nie akceptuje ich przyczyny, zaś działania obywateli traktuje wyłącznie jako próbę osłabienia kraju.

- W trudnych czasach epidemii koronawirusa nikogo nie zmuszaliśmy do pracy. Teraz też nikogo nie będziemy nakłaniać i trzymać na siłę. Jeśli ludzie chcą pracować, proszę bardzo, macie pracę, pracujcie. Ale jeśli ktoś nie chce, to nie uda nam się go przecież utrzymać na siłę. Odbije się to jednak na sytuacji w kraju, co wykorzystają np. Rosjanie i Kanadyjczycy, którzy będą mieli możliwość wepchnąć nam swoje towary - oznajmił Łukaszenka. 

Jak informuje jednak niezależna redakcja MKBH media, wbrew temu, co twierdzi prezydent, pracownicy nie zawsze mają możliwość decydowania o swoim postępowaniu. Anonimowy informator przesłał redakcji wiadomość, z której wynika, że pracowników jednej z fabryk zamknięto w czwartek w budynku, by nie mogli dołączyć do protestujących.  

Solidarni ze zwalnianymi

Ze względu na obawę, że strajki zakończą się falą masowych zwolnień, ruch BY_help powołał wraz z przedsiębiorcami fundację solidarności i pomocy dla obywateli Białorusi, którzy stracili pracę w związku ze strajkami - poinformował o tym dziennikarz Dmitrij Nawosza, współzałożyciel Sports.ru. 

- Dzisiaj, jak nigdy wcześniej, ważne jest, by wesprzeć każdą osobę, która straciła pracę ze względu na swoje poglądy polityczne. Musimy pomóc wszystkim, którzy chcą żyć w wolnej, demokratycznej Białorusi” – komentuje prezes fundacji Andriej Striżak. 

Dziś pojawiła się informacja,  że strajki będą kontynuowane. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.