Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

„My, Białorusini, ludzie pokoju” – taka jest pierwsza zwrotka hymnu Białorusi. Taka też była moja pierwsza myśl, kiedy ujrzałem wczoraj młode kobiety w Mińsku wręczające kwiaty żołnierzom MSW i ze łzami w oczach przytulające się do nich.

Żołnierzy było niewielu, obok stał wielotysięczny tłum demonstrantów, jednak zachowanie dziewczyn przyjęto z aprobatą. Ludzie obejmowali żołnierzy, uśmiechali się do nich, nawoływali do przejścia na stronę walczącego z dyktaturą narodu. 

Ci zaś opuścili tarcze i milczeli. Ich dowódca zapowiedział, że jeżeli protest będzie pokojowy, nie będą nikogo atakować.

Ludzie zachowywali się tak, jakby nie było tych strasznych trzech dni i nocy, kiedy zapewne właśnie ci sami żołnierze strzelali, rzucali w tłum granaty hukowe, rozpylali gaz pieprzowy. I bili, bili, bili... 

Ten naród jest wyrozumiały

Naród żyjący przez 26 lat w warunkach dyktatury demonstruje wielką wyrozumiałość.  

– Taki mieli rozkaz, ale przecież nie chcieli tego robić. To Łukaszenka ich zmusił – mówiła podczas demonstracji w Grodnie starsza kobieta, tłumacząc zachowanie oddziałów milicji tłumiących protesty.

Takie myślenie może się komuś nie podobać, ale wydaje się, że większość Białorusinów myśli podobnie. 

Znany ze swojej arogancji i chamstwa Aleksander Łukaszenka miał kiedyś powiedzieć: "Mam wielkie szczęście, że dostałem właśnie taki naród.  

Białorusini nie przechodzą na czerwonym

Białoruś z jej miłującą spokój i porządek mentalnością nieraz stawała się przedmiotem kpin.  

– Co to za protest: gdy zapala się czerwone światło, tłum pokornie stoi i czeka na zielone? - oburzali się zachodni dziennikarze. Te światła miały być koronnym dowodem na to, że na Białorusi nigdy nie będzie rewolucji. Diagnoza brzmiała: zbyt ulegli, zbyt słabi. Dlatego kraj miał być skazany na wieczne bycie pod pantoflem dyktatora Łukaszenki. 

W ciągu ostatnich lat wielu przyjaciół demokratycznej Białorusi odwróciło się od niej plecami. Stracili nadzieje, machnęli ręką. Teraz rzesze znawców tematu ze zdziwieniem patrzą na determinację Białorusinów. Jak to możliwe? Skąd ona się bierze? 

Przecież nawet boją się przejść na czerwonym świetle przez ulicę! Wczoraj w Grodnie widziałem, jak tłum strajkujących robotników, maszerując w stronę centralnego placu Grodna pokornie stał i czekał na zielone. Dziś to, co uważano za słabość, okazało się siłą Białorusinów.

U nas nie ma Majdanu, nie ma kolorowej rewolucji. Scenariusze, które sprawdziły się w innych państwach, tu nie działają. Po wielogodzinnej demonstracji sami protestujący zbierają puste butelki po wodzie i śmieci. Przecież nie powinniśmy ich tak zostawiać! To takie brzydkie!  

A teraz wyobraźcie sobie, co musiało się wydarzyć, by wyprowadzić z równowagi ten spokojny, zrównoważony naród, żeby stanął do walki z uzbrojonym po zęby specnazem, by budował w Mińsku barykady, rzucał kamieniami, by tysiącami szedł do aresztów, a kolejnego wieczoru znowu wychodził na ulice...  

Co z Łukaszenką?

Jeżeli spojrzeć dziś na sytuację Aleksandra Łukaszenki, to być może jedyne, w czym może pokładać nadzieję, jest właśnie pokojowe nastawienie Białorusinów.

Nie oznacza to, że może dalej rządzić krajem. Na to zgody nie ma. Ale ciągle ma szanse na prezydencką emeryturę i spokojne życie gdzieś na białoruskiej prowincji.

Myślę, że w zamian za pokojowe przekazanie władzy Białorusini by mu takie życie zagwarantowali. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.