Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Do nałożenia unijnych restrykcji trzeba jednomyślności 27 krajów UE, a podczas dzisiejszej narady ministrów (za pośrednictwem telekonferencji) co do szybkich prac nad sankcjami był  – jak relacjonuje jeden z naszych rozmówców w Brukseli – „szeroki konsensus” szefów dyplomacji.

Możliwe, że kierowane przez Josepa Borrella unijne służby dyplomatyczne już w najbliższych kilkunastu dniach przedłożą propozycję czarnej listy polityków, urzędników i funkcjonariuszy z Białorusi, których powinien objąć zakaz wjazdu i zamrożenie wszelkich aktywów na terenie Unii.

Podczas dzisiejszych obrad żaden z krajów UE nie opowiadał się za szerszymi sankcjami gospodarczymi wobec Białorusi, które groziłyby kosztami społecznymi dla zwykłych ludzi

Za sankcjami od dwóch dni mocno opowiadały się Niemcy. Chciała ich dziś także m.in. Polska, kraje bałtyckie, Szwecja, Austria. Sceptycyzm wyrażały Węgry.

Kto na czarną listę?

Ostateczny skład oraz długość czarnej listy, którą muszą oficjalnie zatwierdzić ministrowie w Radzie UE, będzie jeszcze tematem żmudnych prac i rokowań wewnątrz Unii.

Gdy podobne sankcje nakładano wskutek represji po wyborach prezydenckich na Białorusi z grudnia 2010 r., weszły one w życie dopiero z początkiem lutego 2011 r. Tym razem może być szybciej, choć uzasadnienie dla ukarania każdego Białorusina z czarnej listy musi być do wybronienia przed Trybunałem Sprawiedliwości UE (TSUE).

W przeszłości TSUE - z braku dostatecznych przesłanek dla sankcji - uchylał restrykcje UE m.in. wobec niektórych Ukraińców. Dlatego instytucje Unii muszą dysponować wiarygodnym uzasadnieniem, że w przypadku Białorusi chodzi o osoby winne przemocy, represji oraz fałszerstw wyborczych.

 Ponadto kształt listy sankcyjnej bywa także – oprócz moralnego wsparcia dla ofiar represji w różnych krajach – narzędziem do siania podziałów w miejscowym aparacie urzędniczo-siłowym (i sygnalizowania gotowości do rozmów z niektórymi członkami reżimów poprzez obejmowanie lub nieobejmowanie ich restrykcjami) oraz do odstraszania od dalszej eskalacji w prześladowaniach, bo jej następstwem bywa wydłużanie czarnej listy.

Sankcje nakładane i odwieszane

W 2015 r. Unia zawiesiła (a rok później zniosła) zdecydowaną większość sankcji wobec Białorusi. A zatem przede wszystkim anulowała liczącą ponad 170 nazwisk - łącznie z samym Aleksandrem Łukaszenką - listę osób z zakazem wjazdu i zamrożonym majątkiem na terenie UE. To była nagroda dla Mińska za zwolnienie więźniów politycznych.

Jednak polityka sankcyjna wobec Mińska w pewnym momencie przerodziła się – jak to ujął jeden z unijnych dyplomatów – w błędne koło represji oraz kupowania przez reżim Łukaszenki luzowania restrykcji.

Wielka Brytania za sprawą trwającego do końca tego roku pobrexitowego okresu przejściowego automatycznie przyjmie decyzję Rady UE w sprawie sankcji. Dotychczas unijne czarne listy w sprawie Rosji czy Ukrainy powstawały w koordynacji ze Stanami Zjednoczonymi.

Litwini chcą funduszu dla ofiar Łukaszenki

- Wezwałem dziś do ustanowienia funduszu UE na rzecz pomocy ofiarom represji na Białorusi – ogłosił szef litewskiej dyplomacji Linas Linkevicius. W tym tygodniu jest on w sferze publicznej najaktywniejszym ministrem UE w kwestii Białorusi.

Litwinom chodzi o sięgnięcie po pieniądze z budżetu UE, które miałyby trafiać na programy bezpośrednio skierowane do mieszkańców Białorusi, z pełnym pominięciem władz centralnych. Fundusz mógłby być zasilany także przez dobrowolne składki od państw członkowskich UE.

Temat wróci za dwa tygodnie

Ministrowie dyskutowali dziś także o napięciach granicznych między Grecją, Cyprem i Turcją na Morzu Egejskim. Powrócą do tej kwestii za dwa tygodnie na swoim posiedzeniu w Berlinie. Także wtedy zajmą się ponownie Białorusią.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.