Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dziesiątki tysięcy protestujących na ulicach miast, manifestacje przy siedzibach władz i kolejne zakłady pracy ogłaszające strajki... Aleksander Łukaszenka stracił inicjatywę i wszystko wskazuje, na to, że będzie miał poważne problemy z jej odzyskaniem.

Nastrój ulicy wyraźnie się zmienił

Na Białorusi obowiązuje bardzo restrykcyjne prawo dotyczące zgromadzeń. Aleksander Łukaszenka zadbał o to, by centralne place były zastrzeżone tylko dla organizatorów rządowych imprez. Nie można tam manifestować. Władze od dziesięcioleci nie dawały na to zgody. Dlatego tłumy Białorusinów  na mińskim placu Niepodległości i podobne obrazki z innych miast oraz brak jakiejkolwiek reakcji na to ze strony służb specjalnych jest bardzo wyraźna oznaką słabości reżimu.  

Zdają sobie sprawę z tego zarówno zwykli Białorusini, jak i strona przeciwna -  siłowicy i urzędnicy. 

Nastrój protestów wyraźnie się zmienił. 

Z ulic zniknął znienawidzony przez Białorusinów OMON i sytuacja natychmiast się uspokoiła. Nie ma przemocy, nikt nikogo nie atakuje, protest jest całkowicie spokojny i pogodny. Co tylko podkreśla, że prawdziwą przyczyną eskalacji były jedynie działania służb specjalnych.  

Reżimowe media po staremu

Jeżeli spojrzeć na sytuację przez pryzmat reżimowych mediów, wydaje się, że Białoruś żyje swoim zwykłym życiem. 

Aleksander Łukaszenka uczestniczył dziś w naradzie poświęconej budownictwu mieszkaniowemu. Któż ma wątpliwość, że to ważny temat? I to właśnie jest główną wiadomością w reżimowych telewizjach.

Oderwanie od rzeczywistości, próba zamykania oczu i robienia dobrej miny do złej gry jest oznaką słabości władzy. Łukaszenka powstrzymał przemoc. Zrobił krok do tyłu. Białoruś otarła się o możliwość wojskowej pacyfikacji. W ostatniej chwili jednak z pomysłu nakręcania fali przemocy zrezygnowano.

Ale szybko się okazało, że żadnego innego pomysłu na rozwiązanie kryzysu władza nie ma.

Czy Łukaszenka rzeczywiście myśli, że uda mu się to wszystko przeczekać?

Ale co dalej? 

Lokalni urzędnicy obawiają się przejęcia swoich siedzib przez protestujących i wyglądają na bardzo niepewnych siebie. I ta niepewność rośnie. 

Oznacza, to że inicjatywa w całości jest w rękach protestujących tłumów. Karnawał protestu trwa na ulicach wszystkich białoruskich miast.

Ludzie są chwilowo zadowoleni i szczęśliwi, ale powstaje pytanie, co dalej? Brak liderów i decentralizacja, którą opisywałem i która się sprawdziła w warunkach walki ze służbami specjalnymi, teraz staje się wyraźnym problemem. Z kim mają rozmawiać siłowicy? Na czyją stronę mają przechodzić urzędnicy? Na stronę internetu?  

Jedyną postacią, która ma w oczach ludzi prawo do decydowania i mówienia w imieniu ogółu, jest Swiatłana Cichanouska. To właśnie na nią głosowali protestujący dziś na ulicach. 

Cichanouska przebywa na Litwie, przerwała milczenie. Prosi rodaków o kontynuowanie pokojowego protestu. Zaapelowała do merów, by organizowali wiece na centralnych placach miast. I np. w Grodnie mer Mieczysław Goj nawet przyszedł porozmawiać z protestującymi. Nic z tej rozmowy nie wynikło, ale gest jest ważny, gdyż dodaje ludziom pewności siebie. 

Cichanouska upoważniła dwóch mężów zaufania do reprezentowania jej w Mińsku. Są to Wolha Kawalkowa z Białoruskiej Chrześcijańskiej Demokracji oraz Wiktor Kazłou ze Zjednoczonej Partii Obywatelskiej. Mają prowadzić w jej imieniu pertraktacje. 

Scenariusz z narastaniem wpływów Cichanouskiej i jej otoczenia jest niejedynym możliwym, ale to on wygląda na najbardziej realny.

W tym wypadku ważną rolę w uregulowaniu konfliktu na Białorusi bez wątpienia będzie odgrywała Litwa. W końcu to właśnie tam przebywa Cichanouska. To, co jeszcze dzień temu wydawało się aktem humanitaryzmu, dziś stało się poważną polityczną inwestycją. 

A jednak pojawił się optymizm

Od początku protestów byłem pesymistyczny w ocenie szans na zwycięstwo. Reżim wydawał się zbyt mocny i zbyt skonsolidowany. Jednak dzień dzisiejszy wyraźnie dodał mi (i nie tylko mnie) optymizmu. 

Mury rzeczywiście mogą runąć, a białoruskie protesty mają szansę na wygraną. Mogą się stać rewolucją. 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.