Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Prawie wszystkie na biało, większość w sukienkach.  W rękach biało-czerwono-białe flagi, balony i plakaty z napisami: „Nie chcemy wojny”, „Razem wygramy”. I białe kwiaty. Gromadzą się między centrum handlowym Korona a Lodowym Pałacem, przechodzą przez most i dalej, przez centrum. Wciąż ich przybywa...

Baranowicze, 150 km na południowy zachód od Mińska, blisko 180 tys. mieszkańców. Od 13 sierpnia tysiące kobiet w bieli ustawia się w centrum miasta w łańcuchu solidarności. Stojąc przez trzy-cztery godziny w palącym słońcu, protestują przeciwko przemocy i sfałszowaniu wyniku wyborów prezydenckich w minioną niedzielę. W czwartek łańcuch "stał" od godz. 14 do 17, w piątek - od 13 do 17.

"Protesty na Białorusi trwają już czwarty dzień…, „Łukaszenka twierdzi…" - słyszę fragmenty nagrań w miejskim autobusie z czyjegoś telefonu. Przeciskając się w stronę wyjścia, kątem oka dostrzegam, że to chłopiec, na oko 11-latek, ogląda w komórce wideo o sytuacji w kraju.

- Wysiadasz - pytam. 

- Tak, tak - mówi, trzymając się poręczy. Na nadgarstku powiewa biało-czerwono-biała wstążka (kolory historycznej flagi Białorusi, zakazanej za rządów Aleksandra Łukaszenki, który w 1995 r. wprowadził barwy czerwono-zielone), symbol sympatii dla opozycyjnych sił demokratycznych. 

Gdy wychodzę z autobusu, mój wzrok przykuwają widoczne już z daleka białe i czerwone balony. Wokół mnóstwo uśmiechniętych twarzy. Babciom i wnuczkom, matkom i córkom idącym z białymi kwiatami w dłoniach i w białych ubraniach towarzyszą szum i trąbienie przejeżdżających obok samochodów.  

Wzywamy do zwrócenia uwagi na małą Białoruś

- Chcemy, aby Białoruś była wolna. Aby ludzie [milicja, siły specjalne] przestali wykonywać te przestępcze rozkazy. Jestem pewna, że nasza walka zakończy się dobrze. Pewna w 100 procentach - mówi niemal ze łzami w oczach starsza kobieta, w dłoni ma dwa baloniki, biały i czerwony. Wraz z wnuczką i córką bierze udział w akcji kobiecego łańcucha solidarności, który codziennie rozciąga się na kilkanaście kilometrów niemal w każdym białoruskim mieście - w Mińsku, Brześciu, Smolewiczach, Mołodecznie... 

W całym kraju kobiety, którym nie jest obojętny los aresztowanych i prześladowanych osób, w pokojowych protestach wychodzą na ulice z białymi kwiatami w dłoniach. Wszyscy je podziwiają, przyciągają tysiące pełnych uznania spojrzeń. Mężczyźni na znak wsparcia przynoszą im kanapki, słodycze i napoje.  

- Moje przyjście tutaj dotyczy naszych "synów”, „ naszych braci” [OMON-u]”. Naprawdę mam nadzieję, że odwrócą się do nas twarzą, wesprą nas, swoich bliskich i przyjaciół, swoich ludzi, swój naród. Nie chcemy wojny, nie chcemy krwi –  opowiada  48-letnia Natalia, jedna z uczestniczek łańcucha w Baranowiczach, wspominając masowe, brutalne zatrzymania.

Kobiety chcą żyć w wolnej, europejskiej Białorusi. I apelują: - Wzywamy wszystkie kraje zachodnie, Unię Europejską, Organizację Narodów Zjednoczonych do zwrócenia uwagi na małą Białoruś. Prosimy, by wsparli ludzi walczących o swoją wolność.

Wiele powtarza, że są zmęczone dotychczasowym życiem. Ich rodziny mają po co najmniej jednym krewnym czy znajomym, który został aresztowany w ciągu ostatnich kilku dni. 

Nie możemy tak dłużej żyć, chcemy zmian

- Dlaczego pani tu dzisiaj przyszła? - pytam jedną z nich. 

Chwila milczenia. 38-letnia Elena zbiera myśli. Wyciera łzy. 

 - Ponieważ mama broni nas, nasz kraj - mówi jej uśmiechnięty synek, ośmiolatek, zajadając bułeczkę. 

- Nie możemy tak dłużej żyć – odpowiada wreszcie Elena. - Przecież ten człowiek [trzymający stery państwa od 26 lat Aleksander Łukaszenka] nie może rządzić krajem na siłę. Nie wybraliśmy go. Nie oddałam na niego swojego głosu.

- Nie boi się pani?  Przecież widziała pani te wszystkie aresztowania i ich konsekwencje...

- Ja się nie boję - znów włącza się chłopczyk. 

- Jak długo jeszcze mamy się bać? Baliśmy się przez 26 lat, nie mamy już więcej sił - mówi Elena. - To trudna walka, ale będziemy ją kontynuować. Dziś, jutro, pojutrze. Będziemy walczyć o swoją wolność oraz wolność tych ludzi, którzy cierpią za nas tortury. 

Elena po raz drugi wyjmuję chusteczkę, by otrzeć łzy. - Chcemy zmian - powtarza.

"Chcemy zmian! Nasze serca rwą się do zmian! Chcemy zmian! Nasze oczy rwą się do zmian!..." – z przejeżdżającego obok samochodu głośno rozbrzmiewa piosenka Wiktora Coja, hymn białoruskiego lata 2020.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.