Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jego dygnitarze pod naciskiem "całego Mińska” i innych miast muszą przepraszać za represje. Z więzień wychodzą niewinnie aresztowani i niewinnie skatowani. Internet jest pełen ich wstrząsających opowieści o okrutnych torturach i poniżeniach, które jeszcze dolewają oliwy do ognia buntów załóg wielkich i małych fabryk, miast i miasteczek.

Lada moment odezwie się z Litwy, a może już z Białorusi Swiatłana Cichanouska, faktyczny zwycięzca niedzielnych wyborów, by opowiedzieć, jak została zmuszona do porzucenia kraju i  nagrania apelu o zaprzestanie protestów. Na razie zagrzewa rodaków do pokojowych protestów.

Możliwe prowokacje "z importu"

Fundamenty reżimu się kruszą. Co sprytniejsi jego funkcjonariusze szukają drogi ucieczki z nawy Łukaszenki. Najżwawiej pryskają pracownicy frontu propagandowego, którzy przez lata dorobili się na wychwalaniu w telewizji przywódcy i deptaniu jego wrogów.

Jaki będzie koniec Łukaszenki, jeszcze nie wiemy. Raczej nie osiądzie w swojej luksusowej rezydencji w podmoskiewskiej Barwisze. Nieraz przecież zapowiadał, że „błękitnookiej", jak nazywa "swoją" Białoruś, nie porzuci.

Koniec może być dramatyczny. Możliwe są jeszcze krwawe prowokacje ze strony dowódców sił specjalnych, którym grożą sądy za ostatnie okrutne, bezmyślne rozprawy z obywatelami, za rannych, zabitych, których okazać się może znacznie więcej, niż to się oficjalnie mówi. A oni mają jeszcze na sumieniu stare zbrodnie i zabójstwa polityczne.

Mogą być prowokacje z importu. W kraju są rosyjskie „psy wojny” spod znaku prywatnej spółki wojskowej Wagnera. A Władimir Putin Białorusi stracić w żadnym wypadku nie może. Bilans jego rządów jest już żałosny. Przy nim od Rosji odeszła tradycyjnie jej przyjazna Gruzja, odeszła Ukraina. Jeśli stanie się to jeszcze z Białorusią, przejdzie on do historii jako grabarz imperium.

Upadek Łukaszenki to dopiero początek

Z pewnością koniec Łukaszenki nie będzie końcem gry, ale początkiem najciekawszej jej fazy.

Dziś szefowie dyplomacji państw UE mają się zastanowić nad reakcją Unii na wydarzenia białoruskie – przede wszystkim nad tym, jakimi sankcjami ukarać Łukaszenkę.

Ale to przecież teraz już sprawa drugorzędna. Akurat dziś mamy ten rzadki rewolucyjny moment, kiedy podmiotem określającym politykę stał się naród. To nie potrwa długo, bo ktoś osiodła falę gniewu i wypłynie na niej do władzy.

Teraz jednak odnosić się należy nie do padającego nieuchronnie dyktatora, ale do Białorusinów. Oni znakomicie wiedzą, czego dobrego i złego mogą się spodziewać od Rosji. Trzeba im więc dziś powiedzieć, czego na swojej nowej drodze, którą przyjdzie im wybrać, konkretnie mogą się spodziewać od Unii Europejskiej - sąsiada, do którego mają bardzo wiele sympatii.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.