Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czwartek na Białorusi był chyba przełomowy. Do protestów włączyły się duże zakłady pracy. Tysiące robotników na ulicach białoruskich miast wymusiły rezygnację przez reżim z dotychczasowej taktyki. 

Plan Aleksandra Łukaszenki na utrzymanie władzy po tym, jak przytłaczająca większość Białorusinów poparła jego konkurentkę, był zabójczo prosty. Lojalna Centralna Komisja Wyborcza ogłasza jego zwycięstwo, a wyćwiczone i odpowiednio zmotywowane jednostki MSW i Wojsk Wewnętrznych, wsparte w niektórych miejscach przez wojsko, stosują przemoc na niebywałą skalę i zastraszają odważających się protestować.

Podobna operacja przeprowadzona w wieczór wyborczy 19 grudnia 2010 roku przyniosła Łukaszence sukces. Protesty się załamały, a tradycyjna opozycja po tej pacyfikacji już się nie pozbierała. Jednak 10 lat później ten sam scenariusz nie zadziałał.

Protesty na Białorusi trwały, a ludzie nie zważali na informacje o ofiarach śmiertelnych i setkach, jeśli nie tysiącach rannych. Blokada internetu zastosowana w wieczór wyborczy sprawiła, że nie od razu i nie wszyscy dowiedzieli się o skali przemocy.

Kiedy jednak dwa dni później dostęp do internetu przywrócono, natychmiast zalały go tysiące filmików nagranych przez uczestników dramatycznych wydarzeń. Widać na nich, jak funkcjonariusze OMON-u i MSW biją, znęcają się i poniżają ludzi. Relacje dziewczyn, którym żołnierze Łukaszenki grozili gwałtami, opowieści mężczyzn, którzy przeszli „ścieżki zdrowia” – to wszystko spowodowało, że Białoruś się przeraziła. Jednak tym razem strach nie wywołał apatii, tylko zmobilizował ją do walki.

Robotnicy witani jak bohaterowie

Wczoraj strajk ogłosiły dziesiątki zakładów pracy, a urzędnicy, którzy pojechali uspokajać robotników, usłyszeli, że nie ma zgody na przemoc. Kiedy wczoraj ulicami Grodna tłumnie szli strajkujący pracownicy z grodzieńskich zakładów Azoty, Białorusini przyjmowali ich jak bohaterów. Kilkutysięczny tłum zebrany przy siedzibie władz obwodowych skandował: "Odejdź! Odejdź!" I nikt nie miał wątpliwości, kto jest adresatem tych słów.

Znamienna była scena, która rozegrała się wczoraj w przedsiębiorstwie Grodnożiłstroj. Jeden z robotników w trakcie dyskusji z przybyłymi urzędnikami proponuje: „Niech ci, którzy głosowali na Aleksandra Łukaszenkę, podniosą ręce w górę! Nie ma żadnego przymusu, nie ma czego się bać”.

Ręce w górę podnoszą tylko urzędnicy.

- A teraz: kto głosował na Cichanouską? – pyta robotnik i cały zgromadzony tłum podnosi ręce do góry.

Łukaszenka po raz pierwszy się wycofuje

Perspektywa, przed którą stanął wczoraj Łukaszenka, była następująca: masakra i walki uliczne z setkami zabitych i paraliż całego kraju albo krok do tyłu. Łukaszenka wybrał krok do tyłu. Jednostki specjalne zostały wycofane. Protestujący przenieśli się z osiedli na centralne ulice i place miast. Nikt ich nie pałował.

W drugiej połowie wczorajszego dnia w reżimowych mediach pojawił się lakoniczny komunikat przewodniczącej Rady Republiki Natalii Kaczanowej, osoby należącej do najbliższego otoczenia Łukaszenki:

- Prezydent usłyszał punkt widzenia zakładów pracowniczych i wydał rozporządzenie, by zbadać przypadki zatrzymań dokonanych w minionych dniach. Intensywna praca w tym kierunku już jest prowadzona.

Rzeczywiście na terenie kraju trwają zwolnienia z aresztów i więzień. OMON, a razem z nim przemoc, zniknęły z ulic. Siłowy scenariusz, który wydawał się nieunikniony, przynajmniej na chwilę został zawieszony. Protesty trwają i być może po raz pierwszy pojawiła się realna perspektywa na pokojowe zwycięstwo białoruskiej demokracji.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.