Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Według szacunków ONZ na 100 tys. obywateli Republiki przypada dziś 1442 funkcjonariuszy prawa i porządku. To niemal trzy razy więcej niż w Rosji, gdzie władza też rządzi ciężką ręką.

Oficjalne statystyki ogłaszane przez Mińsk mówią o 87 tys. ludzi służących w organach MSW (w tym w tzw. wojskach wewnętrznych), co dawałoby około 870 mundurowych na 100 tys. Białorusinów.

Osławiony OMON (Odział Milicji Specjalnego Przeznaczenia) liczy około 1,5 tys. „bagnetów", czy raczej szturmowych pałek. To właśnie funkcjonariusze OMON-u ustawieni w praktykowany jeszcze przez legiony rzymskie szyk „żółw" (tarcze tworzą szczelną ścianę przed i nad oddziałem) nacierają na tłum demonstrantów.

„Wyszukują chłopaków z biednych rodzin”

Trzon skierowanej przeciw własnemu narodowi siły bojowej Łukaszenki stanowią jednak jednostki specjalne tak zwanych wojsk wewnętrznych. Według Andrieja Porotnikowa, kierującego projektem Bielarus Security Block, liczą one około 10 tys. ludzi, rekrutowanych wśród tych, którzy kończą wojskową służbę zasadniczą, a w czasie 1,5 roku, które spędzili w koszarach, wykazali się sprawnością fizyczną i nie naruszali dyscypliny.

– Werbujący do oddziałów specjalnych zwracają uwagę przede wszystkim na chłopaków z bardzo biednych rodzin, którzy w armii pierwszy raz w życiu spali na czystej pościeli. Dla nich kontrakt z jednostką wojskową nr 3314 wojsk wewnętrznych MSW jest ścieżką awansu społecznego i materialnego. Żadna inna się przed nimi nie otworzy, bo przecież ich rodziny nie mają ani pieniędzy, ani znajomości. A tu mogą liczyć na żołd w wysokości około 700 dolarów (ponad trzy razy więcej, niż dostaliby w swoich miasteczkach na prowincji), mieszkanie, możliwość kontynuowania nauki, status społeczny – wylicza ekspert.

„Żółwiem” i „rubieżą” w demonstrujących

Przed wyborami Łukaszenko, który swoją kampanię wyborczą prowadził przede wszystkim wśród wojskowych, był i w jednostce 3314 w mińskiej Uruczy. Jego przesłanie okazało się proste: „Chłopcy powinni rozumieć, że są w swoim domu i nikomu nie wolno ich kopać, krzywdzić. Bo inaczej wdepniemy i będziemy się niańczyć jak w przedszkolu”.

„Chłopcy” pokazali Bat'ce, że „niańczyć się" nie zamierzają. Zaprezentowali mu powtarzany potem przez telewizję pokaz sprawności w rozganianiu demonstracji tradycyjnym „żółwiem" wspomaganym armatkami wodnymi oraz techniką zaprojektowaną i skonstruowaną specjalnie dla ulicznych operacji specjalnych. Duże wrażenie zrobił system blokujący „rubież", którym można przegrodzić plac czy ulicę i wyprzeć z niej tłum. Na samochodach (pick up ford) tworzących taką ruchomą barykadę są też stanowiska dla strzelców, którzy spychanych ludzi rażą kulami i granatami. „Rubież” wykazała już swoją przydatność dla reżimu na ulicach Mińska.

– Oni są rzeczywiście bardzo sprawni fizycznie. Takich się wybiera. A nabierają krzepy i odporności, bo codziennie trenują w czasie służby zasadniczej i potem już w jednostkach specjalnych – wyjaśnia w rozmowie z „Wyborczą” politolog Walery Karbalewicz.

Oglądali sceny z ukraińskiego Majdanu

Przed wyborczą niedzielą szef MSW Jurij Karajew zaapelował do podwładnych „o wysoką osobistą dyscyplinę i odporność”, bo czeka ich „znaczne psychologiczne i fizyczne obciążenie”.

Specnazowcy przez kolejne dni i noce walk ulicznych wciąż wykazują się odpornością również psychiczną. Nie widać, by łamali się, widząc, jak duży i zdeterminowany jest protest przeciwko Łukaszence. Raczej nie wzrusza ich ogromna skala protestów, informacje o tysiącach aresztowanych i setkach rannych czy wieść o śmierci kolejnej ofiary – 25-latka, który został w środę zakatowany w areszcie w Homlu. Wciąż są zdeterminowani i gotowi strzelać, jak to zrobili w środę w Brześciu, gdzie używając ostrej amunicji, ranili demonstranta. W wielu miejscach strzelają po balkonach zwykłych domów, w pogoni za ludźmi włamują się do klatek schodowych.

– Dowódcy jednostek specjalnych wbili swym podwładnym do głów, że ich los jest na zawsze związany z losem reżimu. Że jeśli Łukaszenka upadnie, to wszystko stracą, a przecież mają już co tracić. Myślą więc, że bronią swojego. A przed oczami mają pokazywane im przez wychowawców dramatyczne sceny z Kijowa, gdzie Bierkut znalazł się pod gradem koktajli Mołotowa, a funkcjonariusze na kolanach prosili o wybaczenie – opisuje metody wychowawcze w elitarnych jednostkach Porotnikow.

Odchodzą pierwsi dziennikarze z reżimowej telewizji

Spirala przemocy może się teraz jeszcze niebezpiecznie rozkręcić. W sieci coraz częściej pojawiają się wezwania, by wskazywać adresy rodzin specnazowców. Na razie jednak swej przynależności do specnazu wyrzekają się tylko byli żołnierze tych formacji. W internecie pokazało się kilka nagrań, na których weterani wyrzucają do śmieci swoje mundury, bo się „wstydzą” tego, że służyli w oddziałach, które teraz masakrują rodaków.

Wyłom zarysował się natomiast w propagandowej machinie Łukaszenki. Kilku dziennikarzy demonstracyjnie zrezygnowało z pracy w telewizji państwowej.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.