Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dmitrij, menedżer, 50 lat, Baranowicze 

W przeciwieństwie do wielu moich przyjaciół nigdy nie głosowałem na Łukaszenkę. Nawet podczas pierwszych demokratycznych wyborów w 1994 r., za co zostałem wyrzucony z domu przez ojca.

Po pierwszym uczciwym zwycięstwie Łukaszenki odebrali nam wiarę, odebrali marzenia. Ale wszystko, co dzieje się teraz, to czas nadziei. Nadziei na naszą szczęśliwą przyszłość.

Białorusini w końcu „opracowali szczepionkę” zwaną wolnością, nie ma już drogi wstecz. Tak, strach nadal trwa. Nawet omawiając wszystko, co się dzieje, ludzie wciąż gromadzą się w fabrykach czy zakładach jedynie w małych grupach, na wszelki wypadek, by nikt nie słyszał, o czym dyskutują.

Ale ten strach coraz szybciej maleje. W przedsiębiorstwach większość pracowników stara się unikać wysoko postawionych byłych członków komisji wyborczych, krzywo na nich patrzą. Dzieci moich znajomych dzwonią do swoich nauczycieli - którzy też fałszowali nasze głosy - i głośno wykrzykują do telefonu: „Wstyd!", „Nienawidzimy was!”.  

Aleksiej, przedsiębiorca, 48 lat, Kobrin 

Tego pokolenia - pokolenia naszych dzieci - nie można zmienić, nie można go naprawić. Nie da się zagnać ich do BRSM [Związek Młodzieży Białoruskiej, podobny do Komsomołu], nie da się zwabić darmowym akademikiem ani „podkarmić słodyczami”. Moje dzieci i dzieci moich rówieśników oskarżają nas dzisiaj, że przyczyniliśmy się do tej sytuacji kraju, że pozwoliliśmy na to wszystko.

A my się wstydzimy, nie mamy nic na własną obronę, nie możemy im nic odpowiedzieć. Wiemy, że jesteśmy winni, wiemy, że to jest prawda. 

9.08.2020, Mińsk, protesty po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich.9.08.2020, Mińsk, protesty po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich. Fot. Jedrzej Nowicki / Agencja Gazeta

Anna, studentka, 24 lata, Mińsk 

W tej chwili z jednej strony przepełnia nas niewiarygodne poczucie wolności, z drugiej jednak uderza nieludzkie zachowanie OMON-u wobec narodu białoruskiego. 

Nasi mężczyźni - chłopcy, ojcowie i bracia - w tej chwili robią dla nas wszystko. My, kobiety, nie możemy zostawić ich w nieszczęściu, a oni nie mogą zostawić nas. Razem walczymy o naszą wolność.

Podczas kobiecego łańcucha solidarności z zatrzymanymi i aresztowanymi [12 sierpnia ok. 600 kobiet stało na stacji metra Kamiennaja Horka] mężczyźni podchodzili do nas i mówili: „Dziękujemy, dziewczyny, jesteście naszą dumą”. Przynosili nam jedzenie, robili herbatę, przychodzili z pełnymi koszami produktów.

To wszystko bardzo wzrusza i ta solidarność daje nam siłę, by iść dalej. Bez zatrzymywania się, mimo strachu i zmęczenia. Będziemy dalej walczyć!  

9.08.2020, Mińsk, protesty po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich.9.08.2020, Mińsk, protesty po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich. Fot. Jedrzej Nowicki / Agencja Gazeta

Maksim, fotograf, 26 lat, Brześć 

To, co się teraz dzieje, to horror.

Musiałem przyjechać do Mińska na kilka dni, od 8 do 12 sierpnia, bo zdawałem egzamin na uniwersytecie. Kiedy byłem na przystanku późnym wieczorem, dwóch chłopców - na oko piętnastolatków - z białymi bransoletkami na nadgarstkach i w koszulkach z symbolami narodowymi zostało pobitych przez czterech funkcjonariuszy OMON-u, którzy wyskoczyli z samochodów bez znaków identyfikacyjnych. Jeden z nich trzymał w dłoni granat.

Patrzenie na to było nie do zniesienia, ale zareagowanie było niemożliwe. Moja dusza była rozdarta. 

Stojący obok mnie starszy pan starał się coś zrobić, by zapobiec temu okrucieństwu, ale też został pobity. Rzucili go na ziemię i rzuciwszy: „zamknij się”, szybko odjechali. Pomogłem mu wstać, jednak było mi wstyd, że nic więcej nie mogłem zrobić.

Przyznam, że się bałem. Czy to możliwe, że ludzie, którzy wyrażają własną opinię na ulicy, bez broni, są tak brutalnie atakowani?! Wiele w życiu widziałem, ale czegoś takiego nigdy, powtórzę raz jeszcze: NIGDY! Żeby niewinnych ludzi zatrzymywać w tak masowy i okrutny sposób...

Artem, programista, 32 lata, Mińsk 

Jeśli wcześniej ludzie traktowali milicjantów neutralnie lub z obojętnością, to teraz ich po prostu nienawidzą. Kiedy mijam ludzi w mundurach, przewracają mi się wnętrzności. I obojętne nawet, czy to omonowiec, czy jakiś inny funkcjonariusz. To już nieważne. Teraz wszyscy są dla nas tacy sami.

Jak oni mogą wracać do domu i patrzeć w oczy swoich bliskich?! Jak mogą spać?!

Rządowa telewizja pokazuje, że na protesty przychodzą tylko narkomani i pijacy. Nie jest to oczywiście prawda, ale ja osobiście podczas tych ciężkich nocy piłem po pięć puszek piwa tylko po to, by mojej psychice łatwiej było to wszystko znieść.

To nie są protesty, to nie są pikiety, to jest wojna. Czy można iść na wojnę, będąc trzeźwym? To jest nawet gorzej niż II wojna światowa. Tam Białorusinów zabijali faszyści - tu zabijają swoi. 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.