Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jan Roman dziennikarz polskiej stacji TVP Polonia przyszedł w poniedziałek zobaczyć aresztowanych kolegów z TV „Biełsat”. Stał z kilkunastoma znajomymi przed komisariatem milicji. Nagle podjechał samochód wojskowy, wyskoczyli z niego funkcjonariusze OMON-u.

- Zostałem zatrzymany, jeden z funkcjonariuszy uderzył mnie nogą w twarz, poczułem ból i zrozumiałem, że wybił mi cztery zęby. W samochodzie dalej mnie kopali – opowiada "Wyborczej" dziennikarz.

Noc Roman spędził w areszcie, teraz przebywa w szpitalu. Na złamany nos i jest mocno poobijany. Podobna brutalność w ostatnich dniach już nikogo na Białorusi nie dziwi.

Porwanie Jahora Marcinowicza

Od 36 godzin nie jest znany los Jahora Marcinowicza. To redaktor naczelny portalu "Nasza Niwa" – najbardziej wpływowego białoruskojezycznego medium w Internecie. "Nasza Niwa" bardzo skrupulatnie opisywała kampanię wyborczą i przebieg powyborczych protestów na terenie Białorusi. Kiedy władze zablokowały dostęp do nn.by, portal zaczął aktywnie wykorzystywać media społecznościowe i messengery. Jego dziennikarze byli w najbardziej gorących punktach Mińska. 

Co się stało z Marcinowiczem? – Zdążył wysłać lakonicznego sms-a "SOS" i to wszystko. Znaleźliśmy jego samochód. Miał otwartą szybę. Milicja nie wie, gdzie on jest – mówi "Wyborczej" wydawca „Naszej Niwy” Andrej Dyńko.

Podkreśla, że sytuacja wygląda bardzo niebezpiecznie, gdyż upłynęło dużo czasu od momentu zniknięcia, a służby specjalne wciąż nie potrafią odpowiedzieć, co się stało z redaktorem.

– To już zaczyna przypominać scenariusz ukraiński, gdzie ludzie byli porywani, a potem znajdowano ich ciała. Sytuacja jest dramatyczna – mówi zastrzegający anonimowość białoruski dziennikarz.

Strzały do dziennikarzy

W Mińsku postrzelona w kolano została dziennikarka portalu „Nasza Niwa” Natalia Łubniewska. Zdarzenie miało miejsce na ulicy Kalwaryjskiej.

- Relacjonowałam przebieg protestów. Początkowo nie było żadnej brutalności. Ludzie byli spokojni. Staliśmy w grupie dziennikarzy z dala od tłumu. Nagle pojawili się siłowicy, którzy zaatakowali protestujących. Zaczęliśmy robić zdjęcia – relacjonuje "Wyborczej" Łubniewska.

Rozpoczęła się strzelanina, a dziennikarze – zdając sobie sprawę, że sytuacja staje się coraz bardziej niebezpieczna – zaczęli uciekać.

- Wtedy zostałam trafiona. Miałam kamizelkę z napisem „prasa”, trzymaliśmy się z dala od manifestacji, milicja musiała wiedzieć, że jesteśmy dziennikarzami – mówi Łubniewska.

Gumowa kula uderzyła Natalię powyżej kolana. Dziennikarka jest w szpitalu.

Łukaszenka chce uciszyć media

Według danych Białoruskiego Zrzeszenia Dziennikarzy, od 9 sierpnia miały miejsce 62 incydenty z udziałem dziennikarzy. Większość to zatrzymania: na 55 zatrzymanych dziennikarzy aż 17 zostało jednak pobitych przez funkcjonariuszy resortów siłowych. Trzej dziennikarze zostali ranni od postrzałów lub odłamków granatów. Dziesięciu operatorom uszkodzono kamery bądź odebrano im karty pamięci. 12 sierpnia rano w białoruskich aresztach znajdowało się 25 dziennikarzy. Część z nich odsiaduje kilkunastodniowy pobyt w areszcie, część czeka na wyroki.

- Jest oczywiste, że służby specjalne celowo polują na dziennikarzy, chcąc pozbawić ich możliwości wykonywania pracy. Władzom zależy, by informacja o tym, co się u nas odbywa, nie trafiała do ludzi, zarówno na Białorusi, jak i poza jej granicami – powiedział "Wyborczej" szef Białoruskiego Zrzeszenia Dziennikarzy Andrej Bastuniec.

Bastuniec apeluje do Zachodu o wywarcie presji na reżim Aleksandra Łukaszenki w celu wymuszenia na nim zaprzestania represji. Także wobec dziennikarzy.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.