Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Protesty przeciwko sfałszowaniu wyborów przeniosły się trzeciego dnia na przedmieścia Mińska, a milicja zastosowała bezprecedensową przemoc - pisze łotewski portal Meduza. Funkcjonariusze OMON-u, będącego odpowiednikiem dawnego polskiego ZOMO, bili przypadkowych przechodniów, rozbijali szyby w samochodach i wyciągali stamtąd osoby, a także atakowali dziennikarzy. W starciach ranni zostali m.in. fotograf Associated Press i dziennikarze portalu Onliner. Milicja zatrzymała również dwóch korespondentów Biełsatu.

Apel MSZ o ocenę "bez emocji"

Władze białoruskie rozpoczęły akcję propagandową. Przedstawiają w niej demonstrantów jako płatnych najemników Zachodu. Rządowa agencja Belta poinformowała o zatrzymaniu w nocy mężczyzny, w którego plecaku służby znalazły 10 tys. dol. Jak twierdzi Belta, pieniądze te były przeznaczone na opłacenie demonstrantów uczestniczących w starciach z policją. Mężczyzna miał być wcześniej karany za posiadanie narkotyków.

Inny miał zaś zostać zatrzymany przez służby na 17. piętrze hotelu Białoruś, z którego według Belty „koordynował poczynania trzech podwładnych”. Ci podwładni zaś - jak pisze Belta - „prowadzili kolejne setki”.

Agencja zamieściła również oświadczenie białoruskiego MSZ z apelem do zachodnich rządów, by te „nie oceniały pochopnie wydarzeń na Białorusi”. „Sugerujemy, by obiektywnie i bez emocji spróbować zrozumieć, co, jak i dlaczego dzieje się dziś na Białorusi. Jesteśmy gotowi do konstruktywnego dialogu na ten temat ze wszystkimi partnerami zagranicznymi” - pisze białoruskie MSZ.

Samorukow: Najpierw pacyfikacja, potem ustępstwa

Niemiecka „Suddeutsche Zeitung” zamieszcza na swoich stronach wywiad z politologiem Maksimem Samorukowem z moskiewskiego Carnegie Center, wedle którego białoruskie władze brutalną pacyfikację milicji przedstawiać będą jako konieczne działania, by przywrócić w kraju spokój. - Bruksela zostanie zmuszona, by zaakceptować tę wersję, bo w minionych latach podjęła znaczne wysiłki na rzecz zbliżenia Białorusi z UE, zwłaszcza po aneksji Krymu przez Rosję - mówi Samorukow.

Rosyjski politolog nie wierzy w miażdżące zwycięstwo Swietłany Cichanouskiej nad Aleksandrem Łukaszenką, bo obecny prezydent Białorusi wciąż cieszy się szerokim poparciem emerytów oraz członków aparatu siłowego - a to łącznie kilku milionów osób w blisko dziesięciomilionowym kraju. Jednocześnie szacuje wynik kandydatki białoruskiej opozycjonistki na blisko. 30 proc., na tyle bowiem według niego należałoby ocenić odsetek Białorusinów, którzy zdecydowanie sprzeciwiają się rządom Łukaszenki.

Według niego białoruski dyktator będzie chciał stworzyć pozory demokratyzacji Białorusi: być może zmieni konstytucję i dopuści działalność opozycyjnych partii (choć najprawdopodobniej „koncesjonowanych” przez władzę). Według niego dziać się będzie to jednak bardzo wolno („być może zajmie 10 lub 15 lat”).

Zdaniem Samorukowa nadrzędnym celem Łukaszenki jest jednak obecnie pacyfikacja protestów, po których dopiero wyrazi zgodę na pewne ustępstwa. Jednocześnie przyznaje, że skala obecnych protestów jest bez precedensu i nigdy wcześniej nie dochodziło do takich starć demonstrantów z białoruskim OMON-em.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.