Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Białorusini protestowali przeciwko sfałszowanym wynikom niedzielnych wyborów prezydenckich, zgodnie z którymi prezydent Aleksander Łukaszenka, który rządzi krajem od 1994 r., zdobył 80 proc. głosów. W trakcie protestów milicja potraktowała demonstrantów gumowymi kulami, gazem łzawiącym i granatami ogłuszającymi. Rannych zostało 250 osób. Jeden z protestujących zginął. Zdaniem białoruskiego MSW w rękach eksplodował mu niezidentyfikowany ładunek wybuchowy, którym zamierzał rzucić w stronę służb bezpieczeństwa. Uczestnicy protestów twierdzą, że mężczyzna chciał odrzucić granat hukowy, próbując ochronić innych.

Zakaz przyjmowania rannych po zamieszkach

Białoruskie MSW poinformowało, że od niedzieli zatrzymano już sześć tysięcy ludzi. Na ulicy Prytyckiego, gdzie w poniedziałek odbywały się protesty i doszło do śmierci ich uczestnika, we wtorek, w ciągu dnia, ludzie przynosili kwiaty. PAP donosiła, że zebranych rozganiał i zatrzymywał milicyjny OMON.

"Niestety wszystko wskazuje na to, że wśród zatrzymanych w Mińsku jest dwóch polskich studentów. Skontaktowały się ze mną ich rodziny, które utraciły wczoraj wieczorem z nimi kontakt. Otrzymałem zapewnienie od Pana Ambasadora, że konsul zajął się ich odnalezieniem" - napisał we wtorek przed północą poseł KO Michał Szczerba, który właśnie wrócił z Mińska. 

Wojsko wjeżdża do Mińska, centrum zablokowane

Centrum Mińska we wtorek wieczorem zostało zablokowane przez służby bezpieczeństwa. Do stolicy ściągnięto maszynę do burzenia barykad a także kilkadziesiąt ciężarówek wojsk wewnętrznych.

Plac Niepodległości był całkowicie zablokowany, korespondent Biełsatu naliczył w pobliżu 30 autobusów policyjnych. Przejście na aleję Niepodległości było zamknięte, ulice w pobliżu dworca kolejowego zablokowane. Kilka stacji metra w centrum Mińska przestało działać o godz. 18.15. Sklepy i kawiarnie w tej okolicy pozamykano o godz. 17.

Organizację protestów utrudnia blokada internetu wprowadzona w niedzielę. "We wtorek wieczorem w Mińsku wiele osób szukało miejsca, gdzie można się zebrać, aby kontynuować protesty" - relacjonował w serwie Outsiders Piotr Andrusieczko. 

W rejonie stacji metra Puszkinskaja zebrało się pół tysiąca osób. Sporo ludzi trzymało w rękach kwiaty. Milicja apelowała, by się rozejść. Niektóre osoby były zatrzymywane, innym przegląda no dokumenty i telefony. Milicjanci pałkami uderzali w samochody, których kierowcy klaksonami wyrażali dezaprobatę wobec władzy.

Około godz. 21 osoby, które znajdowały się w pobliżu stacji metra Puszkinskaja, przeniosły się na teren obok supermarketu Vitalur. Zdaniem Biełsatu obok sklepu dyżurowało 6 lekarzy wolontariuszy, na okoliczne podwórka mieszkańcy przynosili bandaże, kładli je na ławkach.

Jak nieoficjalnie dowiedzieli się korespondenci Biełsatu, np. w Grodnie szpitalom zabroniono przyjmować rannych zgłaszających się z urazami wskazującymi, że odniesiono je podczas zamieszek. Zgłoszenia takie wolno przyjmować tylko od milicji.

Najgoręcej na Kamiennym Wzgórzu

Agencja TASS poinformowała, że w dzielnicy Uruczje  policja użyła granatów ogłuszających do rozpędzenia manifestacji, w której udział wzięło ok. 500 osób.

Ale największa grupa protestujących - maksymalnie tysiąc osób - zebrała się ok. godz. 21.30 w pobliżu stacji metra "Kamienne Wzgórze". Słychać było klaksony i okrzyki. Milicja odcięła drogę z Kamiennego Wzgórza do centrum.

Przy alei Dzierżyńskiego w Mińsku policja próbowała rozproszyć tłum. Naoczni świadkowie donosili, że użyto gumowych kul.

Biełsat podał, że na Kamienne Wzgórze przyjechało 15 wozów pancernych i pojazdów specjalnych z funkcjonariuszami służby bezpieczeństwa. Milicjanci z tarczami chodzili między blokami i zatrzymywali ludzi. Dziesiątki ludzi zostało zamkniętych w sklepie „Almi”. Na ul. Prytyckiego wystrzelono gaz łzawiący, policja z karabinami rozganiała ludzi. Służby strzelały gumowymi pociskami do samochodów, które poprzez klaksony sygnalizowały poparcie dla protestujących. Tuż przed godz. 23 czasu miejscowego Kamienne Wzgórze zostało "oczyszczone" z demonstrantów.

Tuż przed północą najwięcej protestujących było w rejonie Serebrianki. W okolicy było słychać eksplozje, a demonstranci rzucali w siły bezpieczeństwa fajerwerkami. Około 400-500 protestujących próbowało zablokować skrzyżowanie ulic Plechanowa i Rokossowskiego.

Jednak we wtorek wieczorem protesty były mniej liczne, niż w poniedziałek - gromadziły po kilkaset osób w różnych częściach Mińska, a także w innych miastach. - Gdziekolwiek pojawi się grupka ludzi, następuje atak granatami hukowo-błyskowymi. Pacyfikowane jest każde miejsce, w którym pojawia choć niewielka grupka, by uniemożliwić jej powiększenie. Nie ma tego zrywu i oburzenia co wczoraj, tylko klaksony przejeżdżających samochodów przypominają o protestach - relacjonował z Mińska korespondent OKO.press.

Milicja dokonała wielu zatrzymań, w tym dziennikarzy.

Łapanka na dziennikarzy

Portal TUT.by donosi, że ich dziennikarz został uderzony w nogę. Siły bezpieczeństwa rozbiły ekran jego aparatu i zabrały działający dysk. Z kolei Biełsat informuje, że zatrzymano dwóch jego dziennikarzy, którzy jeździli po mieście i nagrywali, co się dzieje na ulicach.

Białoruskie media niezależne donoszą, że zablokowane było też centrum Grodna, a po ulicach chodziło sporo żołnierzy.

W internecie można też zobaczyć film z wtorkowych walk na ulicach Brześcia. Dziennikarz Andrzej Poczobut pisze o zatrzymaniach w Brześciu i Bobrujsku. "W Grodnie OMON zatrzymuje w rejonie ul. Limoża niedaleko Polskiej Szkoły. Najprawdopodobniej tam próbowała zebrać się grupa uczestników protestu, którzy skrzykują się w internecie" – napisał Poczobut na Twitterze.

Jego zdaniem służby bezpieczeństwa monitorują internet, a kiedy ludzie zaczynają się gromadzić w wyznaczonym miejscu, atakuje ich OMON, dokonując aresztowań. Także dziennikarzy. Poczobut podaje przykład zatrzymanego przez OMON fotoreportera Rusłana Kulewicza, który robił zdjęcia grodzieńskich protestów.

Atak na dziennikarzy BBC

Zaatakowani (ale nie zatrzymani) zostali dziennikarze BBC w Mińsku. Wszyscy trzej dziennikarze posiadali akredytacje Ministerstwa Spraw Zagranicznych Białorusi, wszyscy mieli na sobie kamizelki identyfikacyjne i certyfikaty. "Do dziennikarzy podeszła grupa mężczyzn w czarnych mundurach, jeden z nich zażądał akredytacji, po czym zerwał kartkę z szyi korespondenta, wyrwał mu aparat z rąk i próbował go złamać. Dwóch kolejnych dziennikarzy BBC próbowało przekonać funkcjonariuszy bezpieczeństwa do zwrotu karty akredytacyjnej. W odpowiedzi dwóch z nich zaczęło uderzać kamerzystę i jego aparat" - opisuje zdarzenie BBC.

Holenderski dziennik NRC poinformował we wtorek, że jego korespondentka z Europy Wschodniej, Emilie van Outeren, została trafiona w nogę nieznanym pociskiem.

W internecie ukazał się też film, na którym dwóch milicjantów zatrzymuje młodego mężczyznę, który krzyczy, że ma zaledwie 15 lat. Scena była filmowana przez dwie osoby, z których jedna - kobieta - nieustannie apelowała do funkcjonariuszy bezpieczeństwa o „wysłuchanie swojego sumienia”. Po przeciwnej stronie ulicy znajdowała się grupa protestujących, którzy jednak nie zbliżali się do miejsca zatrzymania. 

Milicja użyła ostrej amunicji 

"Łukaszenka zwołał spotkanie poświęcone rozwojowi przemysłu spożywczego" - to tytuł najważniejszych wiadomości podawanej w środę rano na stronie białoruskiej, państwowej agencji prasowej Belta. O protestach agencja informuje w krótkich notkach. Można się z nich dowiedzieć np., że w centrum Mińska zatrzymano "koordynatorów zamieszek", których siatka miała "prowadzić" setki manifestujących.

W środę białoruskie MSW poinformowało, że dzień wcześniej milicja po raz pierwszy użyła ostrej amunicji przeciw uczestnikom protestów. Doszło do tego w Brześciu.

- Agresywna grupa obywateli zaatakowała milicjantów. Nie powstrzymały ich strzały ostrzegawcze. Aby chronić życie i zdrowie milicjantów, użyto broni. Jeden z napastników został ranny - powiedziała rzeczniczka MSW Olga Chemodanowa. Na zdjęciach udostępnianych w białoruskich mediach społecznościowych widać mężczyznę z plamą krwi na brzuchu. W środę na chodniku ze śladami krwi mieszkańcy Brześcia zostawili kwiaty.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.