Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Co zrobić z Białorusią? Polityka Europy, a zatem i Unii skazanej w polityce zagranicznej na regułę jednomyślności, to wypadkowa dość odmiennych trosk i interesów wobec wschodniego oraz południowego sąsiedztwa Unii. Może trudno uzmysłowić to sobie w Polsce, ale przykładowo - zupełnie nieobchodząca Warszawy wojna w Libii wydaje się wyborcom we Włoszech albo Hiszpanii czymś znacznie istotniejszym od „nowych kłopotów” na poradzieckim wschodzie.

Decyzja za dwa i pół tygodnia?

Aż do ostatnich „wyborów” w zasadzie wspólnym priorytetem na wschodzie – i dla Polski, i dla Berlina, i przykładowo dla Rzymu - była stabilność. Łukaszenka – słusznie czy niesłusznie – był uważany za mniejsze zło zarówno przez Unię, jak i Rosję. Dla Kremla był nie zawsze sterowalnym i często krnąbrnym, ale jednak mocno podporządkowanym satelitą, a w oczach Zachodu – jakimś wsparciem dla białoruskiej odrębności, choć oczywiście silnie wpisanej w kremlowską strefę wpływów.

Obecne represje to wyzwanie dla Zachodu nie tylko dlatego, że - przynajmniej w swym bezpośrednim sąsiedztwie - ma wciąż kłopot z milczeniem wobec rażącego łamania praw człowieka. To także wyzwanie dla priorytetu stabilności polityczno-społecznej na Białorusi, której gwarantem, co pokazuje skala sprzeciwu wobec „reelekcji” – chyba przestaje być Łukaszenka.

Gdy trwają represje na Białorusi, każdy dzień wydaje się ogromną zwłoką. Ale tak skomplikowana maszyna negocjacyjna, jaką jest Europa (zarówno w wymiarze UE, jak i po części NATO), potrzebuje czasu na dostosowanie się do nowych wypadków i wypracowanie konsensusu. Trzeba mieć nadzieję, że konkretne i zarazem wspólne pomysły UE pojawią się na posiedzeniu ministrów spraw zagranicznych w Berlinie za dwa i pół tygodnia.

Sankcje "umiarkowanie skuteczne"

Putin może porzucić swego klienckiego władcę w Mińsku, ale nie odpuści Białorusi. To krępuje ręce Zachodowi, który nie ma teraz ochoty na otwieranie kolejnej geopolitycznej konfrontacji z Rosją. Wymarzonym scenariuszem dla wielu państw Unii byłoby skanalizowanie powyborczego buntu na wewnątrzbiałoruski dialog zwiększający legitymizację obecnego reżimu, ale bez prób wyrywania się spod geopolitycznej kurateli Moskwy. Kłopot w tym, że u Łukaszenki nie widać najmniejszych nastrojów okrągłostołowych.

Unia zawiesiła w 2015 r. (a potem zniosła) zdecydowaną większość sankcji wobec Białorusi, włącznie z liczącą ponad 170 nazwisk listą osób z zakazem wjazdu i zamrożonym majątkiem na terenie UE. Opcja ich przywrócenia leży teraz na stole, choć początkowo mówiono o tym bardzo wstrzemięźliwie z chęci zachowania tego szczególnego „odstraszacza” wobec ewentualnej dalszej eskalacji przemocy, ale też z obaw przed coraz większym skazywaniem Łukaszenki na Putina, czym – przynajmniej takie było dość rozpowszechnione przekonanie w Brukseli – miały grozić sankcje.

Całkiem możliwe, że szefowie dyplomacji pod koniec sierpnia dadzą zielone światło dla przywrócenia sankcji (doniesienia o możliwym wecie Węgier to zmyłka, bo pomimo wymogu jednomyślności również w UE istnieje jednak pewien porządek dziobania). To byłby przede wszystkim polityczny gest sprzeciwu wobec działań Łukaszenki oraz wsparcia dla podstawowych wartości, bo historia relacji z Mińskiem pokazuje, że – jeśli idzie o twarde konkrety - unijne restrykcje są narzędziem z bardzo umiarkowaną skutecznością. Ponadto nowe sankcje nie przekreśliłyby nadzwyczaj trudnego pytania, jak kształtować dalsze relacje z Białorusią bez – takie jest teraz nastawienie Zachodu – dalszego antagonizowania Rosji, a właściwie w dialogu z Putinem…

Polska w ostatnich latach niewiele robiła na rzecz większego zainteresowania Zachodu sprawami Białorusi, ale - dodajmy dla skwitowania doraźnych i nieudanych zabiegów premiera Mateusza Morawieckiego – nawet przy innych rządach Warszawa nie dałaby rady już teraz doprowadzić do nadzwyczajnego szczytu UE o Białorusi. Obecna współpraca z Litwą jest bardzo pożądana, choć zarazem główny kierunek działań co do Mińska powinien – jak się wydaje - nadal wieść przez Trójkąt Weimarski. To zwłaszcza Berlin, najsilniejsza stolica w Unii, dość ściśle – niezależnie od większego czy mniejszego zaangażowania Warszawy - baczy na sprawy Białorusi oraz dalszych losów reżimu Łukaszenki.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.