Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– Jaki jest wynik? – słyszę rozmowę zamaskowanych funkcjonariuszy służb specjalnych stojących u wejścia do mojego bloku w centrum Mińska, przy prospekcie Niezależności. Twarze przesłaniają im czarne maseczki podobne do tych, które nosi się z powodu epidemii koronawirusa, ale z grubszego materiału.

– Oni mają tylko białe bransoletki, będziemy ich brali? – mówi któryś z nich, uważnie lustrując wzrokiem przechodzących naprzeciwko chłopaków. 

Wszędzie słychać odgłosy wybuchów. 

– Ekstra. Wygrywają nasi, tylko nie nasi [czyli Rosjanie] – radośnie komentują między sobą. 

Podczas gdy matki i ojcowie przez cała noc czekają na swoje dzieci, dzwoniąc po znajomych, by się czegokolwiek dowiedzieć, obrońcy reżimu Aleksandra Łukaszenki trwają na posterunkach...

Protesty po sfałszowanych wyborach prezydenckich w Białorusi.Protesty po sfałszowanych wyborach prezydenckich w Białorusi. Fot. Jedrzej Nowicki / Agencja Gazeta

Jak oni mogą coś takiego robić?

W poniedziałek po południu widzę ich wszędzie, w czarnych maskach antywirusowych, a podczas akcji tłumienia protestów – także w kominiarkach i przyłbicach.

Są na centralnych ulicach, w pobliżu wejść do sklepów, między blokami. Budują atmosferę strachu. Tak samo jak nieustannie jeżdżące głównymi ulicami Mińska nieoznakowane niebieskie busy z przyciemnianymi szybami (jeździ nimi OMON), więźniarki i wypełnione żołnierzami przeróżne pojazdy wojskowe. 

– Spójrz, młodzi chłopcy, jak oni mogą coś takiego robić? – mówią dwie kobiety, nie odrywając spojrzenia od autobusu wypełnionego tajniakami. 

Centrum miasta z godziny na godzinę coraz bardziej zablokowane. Coraz trudniej się poruszać po stolicy. 

Pierwszy punkt – tzw. stella (pomnik miasta-bohatera na prospekcie Zwycięzców). Godzina 19. Gromadzą się demonstranci.

– Już jesteśmy pod stellą. Jest dobrze. Na razie wszystko w porządku – dzwonią do rodzin i przyjaciół. 

Protesty po sfałszowanych wyborach prezydenckich w Białorusi.Protesty po sfałszowanych wyborach prezydenckich w Białorusi. Fot. Jedrzej Nowicki / Agencja Gazeta

Spokojnie jest tylko przez moment. Za chwilę nadciągają oddziały specjalne.

Demonstranci szybko się przegrupowują. Idą ku osiedlom bloków, w stronę centrum Nemiga oraz stacji metra Sportiwnaja i Puszkinska. 

Milicjanci (wielu z nich jeszcze w niedzielę, w pierwszym dniu masowego protestu nie tylko słuchało, ale także słyszało to, co próbowali do nich mówić mieszkańcy Mińska) dziś zachowują się inaczej. Dosłownie rzucają się na przypadkowych przechodniów. 

Podczas gdy w ciągu dnia demonstrujący obywatele sprytnie zmieniają swój plan działania i trasy przemarszy -  zależnie od aktualnej sytuacji - ludzie w czarnych maskach umiejętnie się do tego przystosowują. Odcinają „dopływ tlenu” każdemu, kto jest przeciw obecnej władzy i szóstej kadencji Aleksandra Łukaszenki na urzędzie prezydenta. 

Mińsk na wojnie z OMON-em

Aż nie można było uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę, teraz.

Jeszcze niedawno spokojny, pełen nadziei na zwycięstwo niezależnej kandydatki na prezydenta Swiatłany Cichanouskiej Mińsk, ostatniej tej nocy był świadkiem działań wojennych.

Ludzie pomagali uciekającym przed gazem i pałkami omonowców demonstrantom jak tylko mogli. Otwierali wejścia do bloków, pozwalając znaleźć schronienie, pomagali wspinać się przez okna na klatkę schodową. Przygotowywali wodę i bandaże, wysyłając sms-ami wiadomości, gdzie można to wszystko znaleźć.

OMON reagował coraz szybciej, wymyślając to nowsze sposoby kamuflażu, by zwieść mińszczan - np. udając taksówkarzy czy lekarzy w karetkach. 

W nocy z poniedziałku na wtorek demonstranci robili wszystko, co mogli, by podtrzymać protest i by wzięło w nim udział jak najwięcej osób. Budowali barykady z ławek i dużych śmietników, robili łańcuchy z ludzi, blokowali ulice samochodami...

W odpowiedzi nadleciały granaty ogłuszające, gaz łzawiący, strumienie z armatek wodnych i gumowe kule. Uzbrojeni mężczyźni w mundurach atakowali nawet przypadkowych ludzi rzucając się po dziesięciu na jednego.

W odpowiedzi słyszeli: - Faszyści! Sk...syny!

- Nadal dobrze was traktujemy. W takich Niemczech nie postąpiliby z wami tak łagodnie - mówił jeden z milicjantów bijąc pałką jakiegoś chłopaka.  

- Sami  będziemy decydować, co z wami robić - mówił inny wpychając ludzi do samochodów.

W tym kraju OMON jest władzą. Obywatele są niczym. 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.