Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

25 lipca białoruski OMON aresztował w podmińskim sanatorium Białoruseczka, nieopodal rezydencji prezydenta Aleksandra Łukaszenki Drozdy, regularny, złożony z 32 mężczyzn pluton Rosjan służących w Prywatnej Spółce Wojskowej Wagnera (potem na południu kraju schwytano jeszcze jednego członka grupy).

Według władz Białorusi rosyjskie „psy wojny" przysłano do ogarniętego konfliktem politycznym kraju, by siały zamęt, dokonywały zamachów terrorystycznych. Według Mińska desant z Moskwy nie ograniczał się do jednego plutonu i w sumie miał liczyć nie mniej niż 200 zaprawionych w wojennym rzemiośle ludzi.

Aresztowanie przez białoruski OMON rosyjskich najemników, służących w Prywatnej Spółce Wojskowej Wagnera, 29 lipca 2020.Aresztowanie przez białoruski OMON rosyjskich najemników, służących w Prywatnej Spółce Wojskowej Wagnera, 29 lipca 2020. AP / AP

Wielopiętrowy kamuflaż

Rosja tłumaczyła się z pozoru logicznie. Choćby tym, że terrorystów i dywersantów nie wysyła się na obcy teren plutonami, w mundurach, nie koszaruje się ich w państwowych sanatoriach, gdzie co wieczór w szeregu zbierają się na korytarzu na apel.

Przy tym nigdy nie było tajemnicą, że „wagnerowcy” na swoje misje w Afryce czy na Bliskim Wschodzie w czasie pandemii nie ruszają z zamkniętych dla zagranicznych rejsów portów lotniczych z Rosji, lecz z Mińska. Grupa ujęta 25 lipca przez OMON miała więc lecieć z Białorusi najpierw do Stambułu i dalej do Chartumu. Jej członkowie wieźli ze sobą funty sudańskie i literaturę w języku arabskim.

To zresztą nie była jedyna wersja, bo, jak zapewniał Dmitrij Pieskow, rzecznik Władimira Putina, prawdziwym celem „wagnerowców” była jednak Wenezuela. Doleciawszy z Mińska do Stambułu, mieli wsiąść do samolotu do Hawany, a stamtąd udać się do Caracas. Ale spóźnili się na rejs do Turcji, musieli czekać na następny, zamieszkali więc na ten czas w Białoruseczce...

Jak to ze spóźnionymi "wagnerowcami" było

Szydło jednak szybko wyszło z worka. Jak się okazuje, najemnicy - będąc już w Mińsku - odwołali bilety na lot do Stambułu 14 godzin przed startem, na który rzekomo się spóźnili. W tym samym czasie też zarezerwowali sobie pokoje w sanatorium w pobliżu domu Łukaszenki.

Wersja spóźnienia na lotnisko, uparcie powtarzana przez przedstawicieli władz Rosji, okazała się kłamstwem na krótkich nogach.

Zadanie wyplątania Rosji z brzydkiej afery powierzono często w takich celach wykorzystywanej gazecie "Komsomolska Prawda”. Ta opublikowała sensacyjne wyniki swojego „śledztwa dziennikarskiego”, zgodnie z którymi grupę dywersantów z Rosji zebrała i wysłała na Białoruś... Służba Bezpieczeństwa Ukrainy.

Według autora raportu Aleksandra Koca anonimowi werbownicy mieli dzwonić z telefonów o numerach kierunkowych +963 (Syria) i +5841 (Wenezuela) do ludzi, którzy wcześniej uczestniczyli w zagranicznych operacjach "Wagnera", w tym w wojnie w Donbasie. Nie wyjaśniając, o jaki kraj chodzi, proponowali „pracę za solidne wynagrodzenie". Doświadczeni weterani, nie sprawdzając, z kim mają do czynienia, dali się na to nabrać.

Podejrzeń w nich nie wzbudziło nawet to, że bilety lotnicze z Mińska do Stambułu werbownicy kupili im w firmie turystycznej we Lwowie.

Zdaniem dziennika organizatorami operacji (udało się zebrać 200 bagnetów) byli z rzeczywistości agenci ukraińskich służb specjalnych, którzy chcieli doprowadzić do krwawej prowokacji na Białorusi, winę za którą świat przypisałby Kremlowi.

Gdyby wersja "Komsomołki" była prawdziwa, i tak kompromitowałaby Rosję jako kraj, w którym przez telefon bez większego trudu można zebrać dwie kompanie doświadczonych bandytów, gotowych bez zadawania zbędnych pytań mordować obojętnie kogo w dowolnym punkcie globu.

Niewiarygodne śledztwo "Komsomołki"

Źródło tych „rewelacji” wybielających Moskwę jest jednak absolutnie niewiarygodne.

Ulubiona gazeta Putina („Komsomołka" jest jedyną gazetą, której redakcję prezydent odwiedził osobiście) wsławiła się choćby fantastycznymi dezinformacjami na temat zestrzelenia malezyjskiego boeinga 777 (rejs MH-17) nad Donbasem w lipcu 2014 r. To do niej w 2015 r. miał się dobrowolnie zgłosić „naoczny świadek”, mechanik Ołeksandr Agapow, opowiadający, że pasażerski odrzutowiec został zestrzelony przez Su-25 pilotowanego przez kapitana sił powietrznych Ukrainy Władisława Wołoszyna.

Bohaterem innych publikacji dziennika był „hiszpański kontroler lotów Carlos”. Ten w dniu katastrofy „malezyjczyka” miał pełnić dyżur w kijowskim porcie lotniczym Borispil i "widział" na radarach, jak boeing atakują dwa ukraińskie myśliwce.

„Carlos" nigdy nie pracował jako kontroler lotów i okazał się międzynarodowym aferzystą.

Nie zważając na marną reputację "Komsomołki", władze poszły wskazanym przez nią - pewnie na polecenie Kremla - tropem.

Rzeczniczka MSZ Maria Zacharowa ogłosiła w sobotę, że „historia z zatrzymaniem 33 obywateli Rosji jest zaplanowaną prowokacją państwa trzeciego”. Z takim samym oświadczeniem wystąpił Dmitrij Mieziencew, rosyjski ambasador w Mińsku.

Prezydent Łukaszenka w wywiadzie dla dziennikarza ukraińskiego Dmitro Gordona.Prezydent Łukaszenka w wywiadzie dla dziennikarza ukraińskiego Dmitro Gordona. Nikolai Petrov / AP

Łukaszenka wysyła w stronę Kremla komunikat

Sam Łukaszenka w wywiadzie dla ukraińskiego dziennikarza zapewniał kilka dni temu, że dywersantów przysłała Moskwa. W bardzo ciekawej i intrygującej, trwającej 2,5 godziny rozmowie nagadał wiele rzeczy wielce nieprzyjemnych dla Putina.

Zdradził choćby, że Borys Jelcyn żałował, że uczynił go swoim następcą. Opowiedział, jak odwiedził starego prezydenta, kiedy ten, ogarnięty złością, miotał się po korytarzu domu, bo akurat dowiedział się, że Putin zrezygnował z baz wojskowych na Kubie i w wietnamskim Cam Ranh. Był tak wściekły, że Naina Jelcyna kazała gościowi napić się wódki z mężem, bo inaczej serce mu pęknie.

Powiedział też, że jego rosyjski kolega nie dotrzymuje danego słowa, bo ulega ludziom ze swego otoczenia. Jego zdaniem Putin "nie dosiedzi do 2036 r.", czyli do czasu, w którym - zgodnie z właśnie przyjętą nową konstytucją - ma prawo pozostać gospodarzem Kremla.

Przy tym Bat’ka nie wskazuje bezpośrednio na Putina jako na tego, który podrzucił mu dywersantów. Mówi o ludziach, którzy "przybiegają do prezydenta”, a niektórzy z nich "pobiegali po Białorusi”.

Chodzić mu może choćby o Michaiła Babicza, który jako ambasador Rosji w Mińsku zachowywał się jak generał-gubernator podbitej prowincji i pod upartym naciskiem Łukaszenki został w marcu ubiegłego roku odwołany. Przy tym nie obyło się bez skandalu. Dyplomata wchodził w podejrzane konszachty z wieloletnim dowódcą osobistej ochrony Łukaszenki, zastępcą sekretarza Rady Bezpieczeństwa Andriejem Wtiurinem. Prezydent podejrzewał obu o spiskowanie, ale Wtiurina posadził w lipcu na 12 lat za korupcję.

Wywiad z Gordonem jest pełen niedopowiedzeń, jakby prezydent Białorusi wysyłał partnerowi z Kremla komunikat, że ma do powiedzenia jeszcze bardzo wiele przykrych rzeczy.

Prezydent Białorusi Alaksandr ŁukaszenkaPrezydent Białorusi Alaksandr Łukaszenka Sergei Gapon / AP

Żeby Łukaszenka klęknął przed Moskwą choć na „jedno kolano”

Nie wyjaśnia w nim, z jakim zadaniem Rosjanie przysłali do jego kraju dywersantów. Wersji może być wiele. Może najemnicy mieli go chronić i ułatwić mu ucieczkę, gdyby białoruskie służby przeszły na stronę buntującego się narodu? Może po to, by - tak jak snajperzy w Kijowie w lutym 2014 r. - strzelali do tłumu i dolali krwi do białoruskiego ognia?

Z tego, co Łukaszenka mówił Gordonowi, wynika, że Moskwa chciałaby, żeby po wyborach okazał się on tak słaby, by klęknął przed nią choć na „jedno kolano” i łatwo godził się na to, czego od niego zażąda.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.