Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wiktoria Bieliaszyn: Jakie realnie szanse na wygraną w niedzielnych wyborach prezydenckich ma opozycyjna kandydatka Swiatłana Cichanouska? 

Artiom Szrajbman, politolog, absolwent Białoruskiego Państwowego Uniwersytetu i Londyńskiej Szkoły Ekonomicznej, współpracuje z BBC i portalem TUT.By: - Żadne. 

Przedstawiciele białoruskiej opozycji podkreślają, że poparcie dla urzędującego od 26 lat i szykującego się na szóstą kadencję Aleksandra Łukaszenki oscyluje na poziomie 3 proc. Czy to nie odrobinę naiwne prognozy? 

- Zdecydowanie. Poparcie dla Łukaszenki - wg mniej lub bardziej obiektywnych sondaży - wynosi dziś ok. 25-35 proc. Akademia Nauk przeprowadziła na początku kwietnia ankietę, z której wynika, że poziom zaufania doń na terenie całego kraju utrzymywał się wtedy na poziomie 33 proc. Myślę, że te liczby nie zmieniły się drastycznie od tego czasu. 

Ale to wciąż jednak nawet niewymagane minimum, by wygrać w pierwszej turze. 

- Te liczby akurat mają najmniejsze znaczenie dla wyniku wyborów, który ogłosi władza i białoruska Centralna Komisja Wyborcza. Poinformują nas, że prezydent Aleksander Łukaszenka   zwyciężył, uzyskując 70-80 proc. głosów. 

I co wtedy zrobią Białorusini, którzy dziś masowo gromadzą się na wiecach poparcia Swiatłany Cichanouskiej, słuchają rosyjskiej wersji piosenki „Mury” Jacka Kaczmarskiego, czy noszą białe bransoletki, symbol walki o wolność...? 

- Tutaj powinniśmy spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie, czy Białorusini mają wystarczająco dużo siły, by obalić reżim. Moim zdaniem – nie. 

Bez przelewu krwi nie uda się odsunąć władzy od Łukaszenki? 

- Jest to właściwie niemożliwe. Tę prawdę potwierdza historia. Tego rodzaju reżimy się nie poddają.

Łukaszenka sam zresztą powiedział, że nie odda władzy. Siłowicy przygotowują się do rozgromienia protestów. Od trzech miesięcy działali szczególnie brutalnie w każdej możliwej sytuacji. Nie widzę powodu, dla którego mieliby teraz zmienić swoje zachowanie.

Centrum Mińska będzie zamknięte, służby uniemożliwią ludziom zgromadzenie się w jednym miejscu. Tych, którzy wyjdą z domu na akcje protestu, milicja i OMON aresztują. 

Co musiałoby się stać, by nie spełnił się ten scenariusz? 

- Na ulice musiałaby wyjść co najmniej sześciokrotnie więcej protestujących. Czegoś takiego nie zna współczesna historia Białorusi.

Ludzie doskonale zdają sobie sprawę, jaką cenę można zapłacić za tego rodzaju nieposłuszeństwo. Nie ulega wątpliwości, że protesty się odbędą, ale wydaje mi się, że siły są zbyt nierówne.  

Na Ukrainie jednak się udało. 

- W przypadku Białorusi nie możemy powoływać się na przykłady Ukrainy czy Armenii. Tutejszy reżim jest o wiele ostrzejszy, zaś społeczeństwo obywatelskie – znacznie mniej doświadczone, zwłaszcza jeśli chodzi o stawianie oporu strukturom siłowym. 

Społeczeństwo obywatelskie właściwie dopiero teraz się kształtuje. 

- Nie, istnieje od dawna, ale faktem jest, że to, które szczególnie aktywnie teraz działa, to tzw. świeża krew, zupełnie nowi ludzie. Problem w tym, że - by zwalczyć raka, jakim jest ta władza - nie wystarczy rozwinięte społeczeństwo obywatelskie.

Potrzebni są ludzie, którzy potrafią walczyć na ulicy, a takich bojowników gotowych do stoczenia walki z władzą tutaj nie ma.

W odróżnieniu od tego, co działo się na Ukrainie – tam przecież byli bojownicy Prawego Sektora, ale też spora liczba osób z bronią, którzy mogli stawiać opór.

Na Białorusi ludzie są bezbronni, mogą przepychać się z OMON-em, ale wtedy siłowicy będą korzystać ze znacznie bardziej drastycznych środków, by ich spacyfikować.  

Co w takim razie stanie się z opozycjonistami, którzy aktywnie walczą teraz o władzę i którzy nie są jeszcze aresztowani? 

- Dobre pytanie. Nie wiem, wiele zależy od tego, co będzie się działo w dniu wyborów i później. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że wielu niezaaresztowanych jeszcze opozycjonistów trafi do więzienia. To, co ich spotka później, w dużej mierze zależy od reakcji świata, który będzie lub nie się o nich upominać i walczyć o ich uwolnienie. Wszystko zależy od tego, jak bardzo ucierpi władza. Jeśli ta zadana przez społeczeństwo obywatelskie rana będzie dla niej bolesna i dotkliwa, represje będą trwać długo.  

Całkowicie wyklucza pan możliwość rewolucji? 

- Nie. Ta kampania od samego początku przynosi same niespodzianki, szokuje i zadziwia nas wszystkich. Protesty nie będą odbywać się wyłącznie w centrum, ludzie będą wyrażać swoje niezadowolenie i sprzeciw w miastach w całym kraju. Tam władzy może nie wystarczyć sił.  

Jaki interes ma w tym wszystkim Kreml? 

- Władimir Putin na pewno nie będzie szczęśliwy, jeśli w sąsiednim kraju, zwłaszcza takim jak Białoruś, dojdzie do Majdanu albo rewolucji. Putin jest konserwatywny i nerwowy, a rewolucja zawsze wiąże się z brakiem planu. Nigdy nie wiadomo, kto dojdzie w jej wyniku do władzy.

Z drugiej zaś strony Łukaszenka coraz mniej Putinowi odpowiada. Co prawda nie jest jeszcze oficjalnym wrogiem Rosji, ale jego ostatnie działania i decyzje pozbawiły go dotychczasowego statusu sojusznika. 

A na ile może wpływać na sytuację? 

- Rosja nie ma wystarczającej politycznej infrastruktury na Białorusi, by wpływać na tego rodzaju decyzje. Wiem, że z boku wydaje się, że jest inaczej, ale to mylne wrażenie. Rosja obserwuje z napięciem i oczekiwaniem sytuację.

Gdyby władza została przejęta w sposób bezkrwawy przez kogoś z elity, to myślę, że w Rosji nikomu by to nie przeszkadzało. Mało tego, jestem przekonany, że Kreml potraktowałby to jako „mniejsze zło”, bo wśród przedstawicieli białoruskiej elity nie ma chyba człowieka równie konfliktowego i mało elastycznego jak Łukaszenka.

Prawdopodobnie jednak Rosja będzie musiała nadal  współpracować z Łukaszenką i zakładam, że wzajemne stosunki będą się coraz bardziej ochładzać. 

Z perspektywy Polski Łukaszenka jest niemal idealnym kandydatem Władimira Putina. 

- Bo wypełnia podstawowe zadanie: póki jest u władzy, Białoruś nie może stać się częścią jakiegokolwiek bloku integracyjnego. Nie zostanie przyjęta przez Unię Europejską ani przez NATO. To, że jest taką swoistą blokadą, sprawia, że Rosja jest w stanie go tolerować. 

W Polsce pojawiają się jednak opinie, że alternatywna kandydatka Swiatłana Cichanouska jest prorosyjska. 

- Nie ma na to żadnych dowodów. 

Cichanouska nie chce państwa związkowego, w jej kampanię zaangażowani są wyłącznie osoby o poglądach proeuropejskich lub probiałoruskich, ona sama propaguje ideę państwa niezależnego i suwerennego. Kwestia relacji z Rosją to dla niej temat peryferyjny, podobnie zresztą jak i dla reszty społeczeństwa. To nie jest temat kampanii. Warto jednak pamiętać, że oczekiwanie, iż do władzy dojdzie kandydat antyrosyjski, jest naiwne, biorąc pod uwagę, że Białorusini w znacznej mierze są prorosyjscy. 

Dlaczego Łukaszenka tak bardzo podkreśla, że bezpieczeństwu wyborów zagraża, po raz pierwszy, właśnie Wschód? 

- Odpowiada za to przede wszystkim jego stan emocjonalny. Łukaszenka zdaje się widzieć teraz niebezpieczeństwo wszędzie. Całą kampanię prowadził w taki sposób, by przekonać ludzi, że jeśli to nie on wygra wybory, państwo czeka rozpad. Wagnerowcy, którzy się w międzyczasie pojawili, idealnie wpisali się w jego narrację. Łukaszenka stara się dać do zrozumienia, że to nie ludzie walczą o uczciwe wybory, ale siły z zewnątrz. Prócz tego to pozorne zagrożenie jest dla niego znakomitym usprawiedliwieniem dla stosowanych represji. 

Ludzie w to wierzą? 

- Nie sądzę, a nawet jeśli, świadczy to jedynie o tym, że rządowa propaganda działa. 

Załóżmy, że jakimś cudem władza się zmieni. Jak będzie wyglądać dalsza droga Białorusi? 

- To będą miesiące, a może i lata niepewności i nieokreśloności. Rozpocznie się demontaż starego systemu politycznego, który obowiązuje od 26 lat. Będzie to okres przejściowy, podczas którego niewiele będzie się zmieniać w kwestii polityki zewnętrznej czy gospodarki kraju. Nowa władza na pewno nie będzie też zrywać stosunków z Rosją, bo jest to niebezpieczne. Wewnątrz kraju będzie musiała wprowadzać zmiany zmierzające do demokratyzacji, w przeciwnym razie rozczaruje społeczeństwo. A należy pamiętać, że będzie ono jedyną siłą, którą ta władza będzie napędzana. Dojdzie do zmiany konstytucji, ograniczenia roli prezydenta, rozpadu struktur siłowych. 

Wszystko, o czym teraz mówimy, jest fantazją. To się nie wydarzy. Władza białoruska musiałaby sama się poddać. A tego nie zrobi. 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.