Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Może się okaże, że pokonał główną konkurentkę Swiatłanę Cichanouską nie z tradycyjną miażdżącą przewagą 80 proc., ale wygrał.

Nowe jest to, że tym razem nikt nie uwierzy, iż przywódca rządzący krajem od 26 lat rzeczywiście zdobył większość głosów. A sprawił to sam prezydent, wsadzając do więzienia konkurentów i eliminując możliwość kontrolowania przebiegu głosowania. Wyników nie uzna Zachód, do czego Mińsk przywykł, a Rosja tradycyjnie powtórzy formułkę, że uznaje „w pełni demokratyczne” wybory.

Szczere to nie będzie, bo dla Moskwy Łukaszenka wydaje się już tylko najmniejszym, choć sporym złem. Sam Bat’ka rozumie, że na Kremlu chcą, by został u władzy, ale na tyle osłabiony, żeby przed Rosją klęczał.

Na Białorusi przyszłość kraju zależy zatem od tego, jak silny okaże się powyborczy protest i jak sprawne będzie tego protestu dławienie. Bo skala determinacji przeciwników władzy jest niewiadoma. Opozycyjny portal Belaruspartizan.by opublikował wyniki sondażu: tylko 3 proc. respondentów gotowych jest do udziału w protestach i ewentualnych starciach z OMON-em. 9,1 proc. przyłączyłoby się do strajku. To mało, jako że sondaż przeprowadzono tylko w miastach wśród użytkowników internetu, a więc publiczności bardziej radykalnej.

Nie widać symptomów tego, by pękał monolit aparatu państwowego. Nie ma przecieków informacji, oznak nielojalności choćby wyznaczonych przez władze członków komisji wyborczych. A to jest ponad 70 tys. nauczycieli, medyków, drobnych urzędników, na oczach których już dzieją się cuda nad urnami.

Dowódcy milicji, sił specjalnych, armii otwarcie szykują swoich ludzi do rozprawy z protestującymi. Jurij Karajew, szef MSW, właśnie zaapelował do podwładnych „o wysoką osobistą dyscyplinę i odporność”, bo czeka ich „znaczne psychologiczne i fizyczne obciążenie”.

Pałkarze Łukaszenki dostali wiele nowoczesnego sprzętu do rozprawy z tłumami. A nic nie wskazuje na to, by stracili swą sprawność, z którą 19 grudnia 2010 r. w ciągu nawet nie dziesięciu minut brutalnie wymietli z centrum Mińska ponad 30 tys. ludzi protestujących przeciw ogłoszonym właśnie wynikom wyborów prezydenckich (Łukaszence komisja wyborcza przypisała wtedy 79,65 proc. głosów).

Najważniejsza jednak jest determinacja Mińska. Bo jak uczyli w szkołach KGB, kiedy na ulice wychodzi 200 tys., milicja nie strzela, ale przyłącza się do tłumu.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.