Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ze Swiatłaną Cichanouską, niezależną kandydatką na urząd prezydenta Białorusi rozmawia Wiktoria Bieliaszyn

Wiktoria Bieliaszyn: W najbliższą niedzielę odbędą się wybory, które, zdaniem wielu, mogą odmienić losy Białorusi. W jakim kraju obudzimy się w poniedziałek 10 sierpnia? 

Swiatłana Cichanouska, niezależna kandydatka na urząd prezydenta Białorusi: - W wolnym! 

Jakie są na to szanse? 

- Jeśli miałabym oceniać w procentach, to powiedziałabym, że 97 proc. Bardzo wierzę w nasze zwycięstwo, w szansę na zmiany, które może ono przynieść Białorusi i wszystkim jej mieszkańcom. 

Swiatłana CichanouskaSwiatłana Cichanouska Fot. Sergei Grits / AP Photo

Aleksander Łukaszenka zapowiedział jednak, że tak łatwo władzy nie odda, a praktykowany od lat system fałszowania wyborów do tej pory świetnie się sprawdzał.  

- Oczywiście, jesteśmy na to przygotowani, choć, mimo wszystko, mam nadzieję na aktywność społeczeństwa, które będzie protestować przeciwko fałszowaniu kart wyborczych i samo nie przyłoży do tego ręki.

Mam dużo wiary w ludzką przyzwoitość. W komisjach wyborczych zasiadają ludzie tacy, jak my. To nauczyciele, bibliotekarze, lekarze, pracownicy różnych firm. Zwracam się bezpośrednio do nich z prośbą, by nie kradli głosów, by dali szansę naszym dzieciom na lepszą przyszłość w wolnym kraju. Za podrobienie głosu otrzymują pieniądze. Nie będą one się różnić niczym od pieniędzy ukradzionych komuś z kieszeni.  

Co, jeśli wiara w człowieka nie wystarczy? 

- Przygotowaliśmy w internecie platformę Gołos - wyborcy mogą tam wysłać zdjęcie swojej karty wyborczej, by mieć dowód, na kogo głosowali. Prosimy też wszystkich, by nie brali udziału w tzw. głosowaniu przedterminowym, będącym okazją do masowych fałszerstw. Działa organizacja „Uczciwi ludzie”, powstała z inicjatywy sztabu Wiktora Babariko [opozycyjny kandydat, któremu uniemożliwiono nawet oficjalne zgłoszenie kandydatury, przebywa w areszcie].

Mamy też inne sposoby, może i bardzo proste, ale mające ogromne znaczenie. To białe opaski, które - za naszą namową - Białorusini zaczęli nosić na nadgarstkach; to deklaracja wolności i solidarności, a dla tych, którzy jeszcze się boją znak, że jest nas wielu. W moim odczuciu daje to poczucie siły „ducha narodu”. Widząc te bransoletki uświadamiamy sobie, że jesteśmy większością, nasze głosy muszą zostać uwzględnione 

Prezydent Białorusi otwarcie mówi, że kraju nie odda. Jak daleko może się posunąć, by utrzymać władzę? 

- Nie wiem. Z jednej strony, bardzo się boję, że na wiele, że będą to straszne rzeczy, że wyprowadzi siłowików, wojsko… Z drugiej zaś wierzę w ludzką przyzwoitość. I że ma ją w sobie nawet Aleksander Łukaszenka. Żeby wytoczyć wojska i ciężkie działa trzeba mieć armię, przeciwko której można to zrobić. My zaś jesteśmy bezbronni. Będziemy bronić oddanych przez siebie głosów, swoich praw, ale w sposób legalny. 

Chciałabym, żeby prezydent zrozumiał, że nadszedł czas, by odejść. Że to koniec. Ludzie są zmęczeni, potrzebują zmian.

To już nie ten moment, kiedy było kiepsko, ale znośnie. On cały czas może zachować minimum godności i odejść z własnej woli. 

Do realnej zmiany dochodzi wtedy, kiedy siłowicy przechodzą na stronę społeczeństwa. 

- Zwracamy się do nich na każdym wiecu z prośbą, by stanęli po naszej stronie.  

Nastroje są napięte. Ludzie mogą jednak zdecydować się wyjść na ulice, jak to było podczas Płoszczy, i użyć też innych narzędzi, by wyrazić niezgodę na dalsze rządy Łukaszenki. 

- Fantazja naszego narodu jest nieograniczona. Nie wykluczam, że ludzie będą protestować, tworzyć łańcuchy solidarności, bojkotować.

Wielu Białorusinów pozbyło się uczucia strachu, zaczęło rozumieć, że Łukaszenka jest przecież tylko człowiekiem, takim samym jak wszyscy. Nie ma prawa nas obrażać, poniżać.

Pamiętajmy jednak, że w krajach demokratycznych takie sposoby wyrażania sprzeciwu są jak najbardziej zgodne z konstytucją. I z naszą, białoruską, tą z przed licznych poprawek uczynionych ręką rządzącego ponad ćwierć wieku prezydenta, również. A konstytucja jest najważniejsza. Zresztą, jak inaczej można wyrazić swój sprzeciw? Kierowanie na bezbronnych ludzi czołgów jest natomiast przestępstwem.

Białorusini pokonali strach? 

- Nie wszyscy, ale wielu. Dla innych z kolei głód wolności i demokracji jest odeń silniejszy. Od 26 lat żyjemy w kraju, w którym wszystko jest zabronione. Zabronione jest myślenie, mówienie, protestowanie, stanie, klaskanie komukolwiek innemu poza władzą. 

Takie nastroje obserwowaliśmy już jednak kilkakrotnie, a krótko po wyborach wszystko wracało na stare tory. Bierze pani pod uwagę, że i tym razem tak będzie? 

- Nie. Na gniew ludzi wpłynęło wiele czynników. M.in. powszechny dostęp do internetu i niezależnych mediów. Do prawdy. Kiedyś Białorusini też wyrażali swój gniew czy sprzeciw, ale dziś mamy do czynienia z niezadowoleniem w całym kraju. Nie tylko w Mińsku i innych dużych miastach, ale też w miasteczkach i wsiach. Ludzie wiedzą więcej, mają większą świadomość.

Dużą rolę odegrał też mój mąż Siergiej, który śmiało i głośno zaczął mówić o tym, co się dzieje. To on nawoływał rodaków, by przestali się bać, przypomnieli sobie o własnej godności, prawie do posiadania i wygłaszania własnego zdania.

Ludzie o tym zapomnieli, podobnie jak o tym, że prezydent jest urzędnikiem, którego zatrudnia cały naród. To on ma być dla nas, nie my dla niego. My, naród, jesteśmy najwyższą władzą w kraju. Nie jeden człowiek, który w danym momencie pełni urząd prezydenta. Siergiej przypomniał, że każdy z nas jest człowiekiem przez duże „C”. 

Swiatłana CichanouskaSwiatłana Cichanouska Fot. Sergei Grits / AP Photo

Dlaczego Białorusini o tym zapomnieli? 

- Jeśli przez dwadzieścia lat jest się zastraszanym i torturowanym w kraju, w którym obowiązuje dyktatura, to łatwo zapomnieć o najbardziej podstawowych rzeczach. Każdego dnia, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy, strach i zagrożenie wsącza się w nas niczym trucizna. Chamstwo i mobbing w pracy stały się czymś powszechnym, normalnym. Podobnie jak aresztowania niewinnych obywateli, policyjne tortury, naśmiewanie się i chamstwo dziennikarzy państwowych mediów, a nawet samego prezydenta, który o swoim narodzie mówi w sposób ironiczny, poniżając go.

Teraz obudziło się w ludziach poczucie własnej godności.  

Co jeszcze na to wpłynęło? 

- Koronawirus. Pandemia COVID-19 uświadomiła nam, że możemy dokonać prawdziwych cudów jako społeczeństwo obywatelskie. Ludzie sami kupowali środki ochronne dla lekarzy i szpitali, zbierali pieniądze dla chorych i na służbę zdrowia. W tym czasie państwo nie zrobiło nic, pozostawiło nas na łaskę losu, fałszując przy tym statystyki zakażonych i przypadków śmiertelnych.

Kiedy pewien lekarz z Lidy powiedział publicznie, jak zła jest sytuacja, został zwolniony. Wtedy ludzie zorganizowali zbiórkę pieniędzy, by go wesprzeć. To był moment, kiedy wszyscy uwierzyliśmy, że w najgorszej sytuacji, kiedy państwo występuje przeciwko nam, staniemy za sobą murem.  

COVID-19, z którego tak naśmiewał się Łukaszenka, stał się, być może, jego zgubą. 

- Gdyby z nami normalnie, po ludzku porozmawiał i powiedział, że nie możemy pozwolić sobie na wprowadzenie lockdownu, bo gospodarka tego nie wytrzyma, na pewno byłoby inaczej. Nie zrobił tego. Ludzie umierali, a Łukaszenka mówił, że nic się nie dzieje, że umierają słabeusze. Pluł nam wszystkim w twarz.

Później zaczęły się zatrzymania i ludzie - oburzeni tym - zbuntowali się. Zaczęli patrzeć władzy na ręce. Ta zaś, zapatrzona w siebie, nie zdawała sobie z tego sprawy. Nie doceniła Białorusinów. 

Wczoraj jednak usłyszałam w Mińsku od kogoś, że, być może, zagłosuje na Baćkę...

- Są przecież też ludzie, którzy dzięki obecnej władzy żyją dobrze, dostatnio, czerpią dzięki niej jakieś korzyści. 

A może to strach? I jeśli tak, to czego boją się Białorusini? 

- Zwolnień, srogich grzywien, których nie ma jak zapłacić, aresztu, więzienia. Niektórzy wzdragają się nawet założyć białą bransoletkę na nadgarstek, bo z tego powodu można stracić źródło utrzymania. Boją się też odmówić uczestnictwa w przedterminowych wyborach. Mówią: „Popieramy was, ale mamy dzieci, rodziny…”. 

Jak pani wtedy odpowiada? 

- Że jeśli sto osób z jednego zakładu nie pójdzie na takie głosowanie, to nie będzie konsekwencji. Nie zwolnią tylu, nie ukarzą. Musimy się jeszcze bardziej zjednoczyć.

Zarazem wiem, że nie ponoszę odpowiedzialności za decyzję pojedynczego obywatela. Ani za przyszłość Białorusi. Nie je jedna. Wszyscy za nią odpowiadamy. 

Mąż był zaangażowany politycznie, pani – zupełnie nie. 

- Do polityki, jak i do wiary, trzeba dojrzeć. Siergiej był przekonany, że system trzeba zmienić, że zgnił już doszczętnie i tylko niszczy nasz naród. A ja? Nie czuję się politykiem, choć wszyscy powtarzają, że nim jestem. Nie jestem dyplomatką, nie jestem sprytna, nie promuję swojego poglądu na świat. Jestem zwykłym człowiekiem. Niektórzy śmieją się ze mnie mówiąc, że kurze domowej zachciało się władzy. To nieprawda. Podjęłam tę decyzję i jestem odpowiedzialna za swoje działania i za ludzi, którzy mnie wspierają i walczą ze mną, ale później odejdę. 

Pani kandydaturę zarejestrowano z zaskoczenia, gdy odmówiono prawa do kandydowania przebywającemu od 29 maja w areszcie mężowi. Władza nie doceniła kobiecej siły? 

- Tak. Zarejestrowali mnie, żebym stała się memem, myśleli, że będę powodem do żartów. Że  Łukaszenka poczuje się lepiej mając taką rywalkę. A ludzie zaczęli postrzegać mnie inaczej -  jako silną kobietę, która może nie tylko stanąć w obronie męża, ale i kraju. Sama nie sądziłam wówczas, że znajdę w sobie tyle siły. 

Połączenie trzech sztabów opozycji to wydarzenie bez precedensu [rywale, których kilka tygodni temu pozbył się Łukaszenka, uniemożliwiając im nawet rejestrację kandydatur, to były prezes Parku Zaawansowanych Technologii Walery Cepkała i eksbankier Wiktor Babariko]. Szefują im kobiety. Czy macie podobne poglądy i wizję przyszłości kraju? 

- Nie rozmawiamy na temat gospodarki, polityki, ani o tym, co trzeba zrobić z podatkami. To nie ten moment. Naszym wspólnym celem jest zmiana władzy. I tu zgadzamy się z większością społeczeństwa, które także mówi: „Ktokolwiek, byle nie Łukaszenka”. Nie jesteśmy symbolem konkretnej polityki, ale symbolem zmian. 

Swiatłana CichanouskaSwiatłana Cichanouska Fot. Sergei Grits / AP Photo

Jeśli pani wygra, po pół roku prezydentury zamierza odejść... 

- Tak, ale wcześniej uwolnić więźniów politycznych i zorganizować demokratyczne wybory. Dlatego, że urząd prezydenta powinien sprawować kandydat wybrany w uczciwym głosowaniu. Moim celem jest umożliwienie kandydatom udziału w wyborach, przeprowadzenie równej, sprawiedliwej kampanii, przedstawienie programów.  

Łukaszenka mówi o zmianie władzy jako o zagrożeniu dla całego kraju. 

- Każdy inny kandydat na prezydenta to według niego potwór. A przecież każdy niezależny kandydat pragnie jedynie rozwoju kraju. 

Czego oczekuje pani od Europy i Rosji? Jak mogłyby się układać z nimi stosunki Białorusi? 

- Jeśli ziści się najgorszy scenariusz [i wygra Łukaszenka] powinny wpłynąć na władze Białorusi i nie dopuścić, by walczyły one z własnym narodem. Nie chcemy rozlewu krwi.  

A przyszłość? Chciałabym, żeby Białoruś była suwerennym, niezależnym państwem z dobrymi stosunkami z sąsiadami, w którym ludzie żyją godnie i spokojnie. 

Mąż wciąż przebywa w areszcie, syn i córka, ze względów bezpieczeństwa, za granicą. Może i pani będzie musiała wyjechać? 

- Jesteśmy Białorusinami, chcę mieszkać tutaj i tu wychowywać dzieci. Ale… będą mogły wrócić do kraju, którego prezydentem jest ich mama. Jeśli wydarzy się ten najgorszy scenariusz, szanse którego oceniam na 3 proc., to…

Ale dlaczego w ogóle o tym mówimy? Przecież nam się uda!

Gdyby jednak pojawiło się zagrożenie życia, to - mając wybór między życiem a śmiercią - zawsze postawię na życie. 

* Swiatłana Cichanouska – rocznik 1982, lingwistka, tłumaczka z angielskiego, żona znanego blogera Siergieja Cichanouskiego, który zasłynął krytycznymi opiniami wobec rządów Łukaszenki. Władze uniemożliwiły mu start w wyborach prezydenckich, osadzając go 29 maja w areszcie.

Cichanouska, Łukaszenka i spoilerzy

Wybory prezydenckie odbędą się 9 sierpnia. O najwyższy urząd w państwie ubiega się pięciu kandydatów. Główną rywalką obecnego prezydenta Aleksandra Łukaszenki jest Swiatłana Cichanouska. Przywódca Partii Socjaldemokratycznej „Hramada” Siergiej Czereczen, była deputowana do parlamentu Anna Konopackaja oraz stojący na czele ruchu Mów Prawdę Andriej Dmitrijew to tzw. spoilerzy - nie mają szans na wygraną; startują jedynie po to, by odebrać głosy Cichanouskiej i stworzyć pozory demokratycznych wyborów. 

Uprawnionych do głosowania jest 6 mln 844 tys. 932. Jego wyniki zostaną ogłoszone w poniedziałek. Tymczasem od 4 do 8 sierpnia trwa głosowanie przedterminowe. Opozycja apeluje, by wstrzymać się z oddaniem głosu aż do niedzieli, bo właśnie teraz mogą mieć miejsce największe fałszerstwa.

Obserwatorzy Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE) nie pojawią się na Białorusi z uwagi na sytuację epidemiologiczną. Oficjalnie władze przyznają, że w kraju jest 25 więźniów politycznych  

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.