Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Bat’ka jest w opałach nie tylko dlatego, że rodacy masowo mówią mu "mamy dość!" i np. w takiej Berezie na spotkanie ze Swietłaną Cichanouską, jego główną konkurentką z wyborach prezydenckich 9 sierpnia, przyszło w niedzielę 97 proc. (!) dorosłych mieszkańców.

Trzymającemu władzę od 26 lat prezydentowi nie dopisuje też zdrowie. Przyznał, że przeszedł COVID-19, czyli dotknęło go to, co sam nazywał „koronahisterią". Ponoć bezobjawowo. Ale najwyraźniej mydli oczy.

W poniedziałek miał wygłosić doroczne orędzie do narodu. Przeniósł je na wtorek. W ubiegły wtorek na spotkaniu w koszarach sił specjalnych poczuł się źle, zdjął krawat, przyznał się, że „kiepsko znosi duchotę", choć w sali było chłodno. Potem na trzy dni zniknął, a kiedy się pokazał publicznie, chrypiał zupełnie nie swoim głosem.

Białoruś nie słyszy głosu Polski

A propos głosu. W rozkołysanej nową nadzieją Białorusi w ogóle nie słychać głosu Polski, choć ulica go przywołuje. Hymnem protestu stały się "Mury”, pieśń skomponowana przez Lluisa Llacha, śpiewana pod tekst bliski polskiej wersji napisanej przez Jacka Kaczmarskiego.

Słowem otuchy jest dziś - jak było w marcu 2006 na mińskiej "płoszczy" w czasie "dżinsowej rewolucji" po sfałszowanych wyborach prezydenckich - powtarzane niczym zaklęcie "Polakom się udało, to i nam się uda”.

Warszawa jednak, choć tam czekają, nie woła. Jakże spadły nasze akcje, możliwości oddziaływania, atrakcyjność.

Jako weteran obu kijowskich Majdanów dziś ze smutkiem wspominam, ile wtedy znaczyliśmy i mogliśmy.

Prezydent Aleksander Kwaśniewski, oczywiście nie sam, bo wsparty przez swoich sprawnych dyplomatów, był kluczowym graczem w czasie pomarańczowej rewolucji. To on przekonał Leonida Kuczmę, że trzeba ustąpić. Już słyszę, że urobił Ukraińca, bo z nim pił. Ale polityk musi umieć pić i jeszcze być gościem, z którym chce się wypić.

Docenić rolę Polski w tamtym konflikcie potrafił wściekły na Kwaśniewskiego Władimir Putin, który w grudniu 2004 r. wygarnął mu publicznie: "O domu trzeba myśleć, o domu. Jak w starej nieprzyzwoitej anegdocie”. Anegdota była rzeczywiście z tych, co nie przystoją prezydentowi Rosji, ale Putin wyszedł z siebie, bo był wtedy „na linach” i mocno poturbowany.

A i dziesięć lat później to szef naszej dyplomacji Radosław Sikorski wbił do upartej głowy Wiktora Janukowycza, że nie pora mu dalej strzelać do Majdanu, lecz zmykać...

Warszawie nie wypada pouczać Łukaszenki

Dziś Warszawa milczy skromnie. Bo i ma wszelkie powody do bycia skromną. Bo przecież nie bardzo wypada jej pouczać Łukaszenkę, że nie wolno wykorzystywać publicznej telewizji do promowania samego siebie w kampanii wyborczej i kłamliwego szkalowania rywali. To raczej nasza władza sporo się nauczyła od człowieka, zdaniem marszałka Stanisława Karczewskiego, „ciepłego”.

A i na płomiennych rzeczników interesów demokracji białoruskiej w UE, jak to było w przypadku Ukrainy, rządzący w Warszawie - jako eurosceptycy już sami spaleni w Brukseli - się nie nadają.

My natomiast, jak możemy, wyrażajmy poparcie dla ożywionej nadzieją Białorusi i jej przywódczyni, zwykłej nauczycielki języka obcego Swietłany Cichanouskiej, która ma odwagę nie milczeć.

Bo Mińsk - Warszawa wspólna sprawa.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.