Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wacław Radziwinowicz: Czy Aleksander Łukaszenka w najbliższą niedzielę w wyborach prezydenckich może dostać mniej niż 50 proc. głosów?

Waler Karbalewicz*: Tak naprawdę nikt tego nie wie i wiedzieć nie może. Bo w rzeczywistości nie mamy żadnych badań opinii publicznej, na podstawie których można by profesjonalnie, z jakąś dozą prawdopodobieństwa, oszacować nastroje elektoratu.

Są wyniki sondażu przeprowadzonego na zlecenie władz i one mówią o 70-proc. poparciu dla prezydenta i są sondaże przeprowadzane przez opozycję, zgodnie z którymi jego popularność spadła do 3 proc.

- W obu przypadkach te cyfry są brane z sufitu. Nie można na nich polegać. Możemy jednak założyć, że Swiatłana Cichanouska, główna konkurentka urzędującego prezydenta, mogłaby dostać więcej głosów niż on. Bo ją popierają wszyscy, którzy mają dosyć rządów przywódcy sprawującego władzę od 26 lat. Ona jest takim anty-Łukaszenką. I dlatego na jej wiece przychodzą tłumy.

Czy na Białorusi druga tura wyborów prezydenckich jest do pomyślenia?

- Byłaby, gdybyśmy mieli wybory, ale ich nie mamy, więc nie.

Najlepsi macherzy od manipulowania wynikami wyborów, czyli politolodzy rosyjscy, powtarzają, że potencjał fałszowania rezultatów głosowania jest ograniczony. Najczęściej mówią, że to 15 proc. A jak to wygląda na Białorusi?

- Inaczej. U nas podliczanie głosów, a w końcu ogłaszanie wyników nie ma nic wspólnego z głosowaniem. To dwie absolutnie nieprzystające do siebie rzeczywistości. Wyniki po prostu się „rysuje" już na szczeblu lokalnej komisji wyborczej. Potem na kolejnych stopniach struktury organizującej głosowanie ten rysunek jest retuszowany, a kiedy ostatecznie wychodzi z Centralnej Komisji Wyborczej, otrzymujemy śliczne 70 czy 80 proc. za Łukaszenką. Nikt tego procesu nie kontroluje, więc można taki wynik zawsze „namalować" - bez trudzenia się zamienianiem kart do głosowania czy wrzucaniem do urn paczek głosów „właściwych”.

Sprawa kompletnie beznadziejna?

- Tym razem może niekoniecznie. Wiktar Babaryka [kandydat na prezydenta na tyle groźny dla Łukaszenki, że Bat'ka zamknął go w więzieniu, by nie dopuścić do udziału w wyborach] mówi, i może ma rację, że może być inaczej. Jeśli ludzie zatrudnieni w komisjach wyborczych na własne oczy zobaczą, że przeciwnik prezydenta ma 80-proc. poparcie, zrozumieją, że teraz „malowanie” może się skończyć dla nich źle i wektor ich lojalności się zmieni, zaczną liczyć sprawiedliwie i "na górę" po kolejnych szczeblach przekazywać informacje prawdziwe.

Cztery piąte dla kandydatki opozycji to byłby wynik fantastyczny. Łukaszenka, cokolwiek by o nim powiedzieć, zawsze cieszył się poparciem sporej części społeczeństwa. Szczególnie na wsi i w małych miasteczkach. Stracił ją?

- Wieś pozostała lojalna. Szczególnie kołchozy, które już dziś się tak nie nazywają, ale wciąż funkcjonują na tej zasadzie. Ich mieszkańcy widzą w Łukaszence gwaranta stabilności, spokoju, dotacji, opieki socjalnej. Tam słabo docierają informacje nieoficjalne, które przynosi internet. Zmieniły się za to miasteczka powiatowe. Ich mieszkańcy boleśnie odczuwają skutki kryzysu, muszą szukać pracy za granicą. W niektórych miejscach mocno dał się we znaki COVID-19 lekceważony przez władze. Duże miasta jak zawsze są najbardziej skore do buntu przeciw reżimowi.

A jaki jest stopień lojalności ludzi z aparatu administracyjnego wobec Bat’ki?

- Wciąż duży. Może to lęk przed zmianami, może inercja, ale urzędujący prezydent może liczyć na wierność organów państwa. I to nie tylko na mińskiej górze. Studentów z uczelni za aktywność opozycyjną usuwają same władze uniwersytetów. W Grodnie wychowawczyni z przedszkola przyszła do kobiety, której mąż siedzi w więzieniu "za opozycję”, i groziła odebraniem dziecka. To była jej inicjatywa. Może drobny fakt, ale znamienny.

A milicja, siły specjalne, wojsko? Łukaszenka teraz przed wyborami bardzo aktywnie zabiega o względy "siłowików". Z wzajemnością?

- Na razie nie widać żadnych symptomów, które zapowiadałyby, że struktury siłowe mogłyby w przypadku konfrontacji nie stanąć po stronie swego głównodowodzącego. Przy tym najmniejszy gest świadczący o jakiejkolwiek chwiejności jest srogo karany. Pewien major ministerstwa spraw nadzwyczajnych został przyłapany, gdy kupował koszulkę z „opozycyjną” Pogonią. Natychmiast wyrzucono go z pracy.

O ostatecznym wyniku rozgrywki o prezydenturę białoruską być może zdecyduje "ulica" niegodząca się na zwycięstwo Łukaszenki ogłoszone przez władzę. Jak pan ocenia potencjał protestu?

- Potencjał jest duży. Ale ludzie są raczej gotowi protestować na sposoby zgodne z obowiązującym prawem, uczestniczyć w tym, na co władza zezwoli. Stawać w długich kolejkach, by złożyć podpis poparcia Cichanouskiej. Przychodzić tłumnie na wiece opozycyjne, na które władza zezwoliła.

Ale stanąć naprzeciw zbrojnych pałkarzy, wozów pancernych to już co innego. Uważam, że większość Białorusinów nie jest na to gotowa. Wciąż działa strach podsycany represjami. W czasie tej kampanii wyborczej milicja i służby zatrzymały już ponad 1140 osób.

Eksperci mówią, że Moskwa zarówno w tych wyborach, jak i w poprzednich stawia na Łukaszenkę, choćby dlatego, że Władimir Putin panicznie boi się wszelkich kolorowych rewolucji. A przecież przykład Armenii, która po rewolucji pozostała w strefie wpływów Rosji, powinien nauczyć Kreml, że nie taki ten kolorowy diabeł straszny.

- Armenia wciśnięta między wrogie jej Azerbejdżan i Turcję, nie miała wyboru. Jej gwarancją bezpieczeństwa są rosyjskie bazy wojskowe w Giumri i Erebuni. Białoruś jest dla Moskwy i jej własnego bezpieczeństwa militarnego znacznie ważniejsza, ale położenie geopolityczne tego kraju daje mu szansę na wybór.

*Waler Karbalewicz jest znanym białoruskim politologiem, koordynatorem Centrum Analitycznego "Strategia"

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.