Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W miarę jak zbliżają się sierpniowe wybory prezydenckie na Białorusi, władze coraz bardziej nasilają represje. Nie tylko wobec protestujących, polityków i aktywistów, lecz także wobec dziennikarzy. Od początku kampanii prezydenckiej (wystartowała 8 maja) podczas wykonywania swoich obowiązków w sumie zatrzymano ich około 50.

Ostatni przykład to zatrzymania obok budynku mińskiego KGB 28 lipca. Przedstawiciele mediów zamierzali relacjonować składanie wniosków o zmianę środka zapobiegawczego zastosowanego wobec byłego rywala Łukaszenki Wiktora Babariki, który został aresztowany 18 czerwca i od tamtej pory siedzi w więzieniu. Kilkunastu dziennikarzy przewieziono na posterunek milicji i wypuszczono pół godziny później po sprawdzeniu dokumentów.

Wyrzućcie ich stąd

O ile wcześniejsze akty przemocy skierowane były głównie wobec niezależnych białoruskich mediów, o tyle teraz władza dociera również do zagranicznych.

- Jaki to jest stosunek do kraju? BBC, Swoboda, Wolna Europa i tak dalej. Te streamy... To oni wzywają do zamieszek. Dlaczego na to pozwalacie? Przecież to wy ich tu akredytowaliście - strofował przed tygodniem Łukaszenka m.in. ministra spraw zagranicznych Uładzimira Makieja. – Wyrzućcie ich stąd, jeśli nie przestrzegają naszego prawa i wzywają ludzi na Majdany - dodał prezydent.

„Streamy”, o których złośliwie wspominał Łukaszenka, czyli transmisje wideo przez internet, cieszą się teraz wielką popularnością. Prowadzone podczas wszystkich akcji protestacyjnych i wieców opozycji transmisje oraz praca blogerów korzystających z sieci społecznościowej Telegram pomagają Białorusinom dowiedzieć się o wydarzeniach politycznych w całym kraju, a później dołączyć się do protestów. Władze starają się walczyć z transmisjami na wszelkie możliwe sposoby - od odcinania dostępu do sieci po aresztowanie dziennikarzy. 

Kilkakrotnie w trakcie transmisji na żywo funkcjonariusze OMON-u lub służb specjalnych w cywilnych ubraniach rzucali się na operatorów i korespondentów, a następnie wpychali ich do samochodów i wywozili w nieznanym kierunku. Dla części skończyło się na grzywnach, niektórzy jednak zostali pobici - jak korespondent Radia Swoboda Anton Trofimowicz, któremu funkcjonariusze założyli kajdanki i kazali klękać. Żeby nie krzyczał, omonowcy zatkali mu usta pięścią, a potem złamali nos.

Akredytacja? Nie ma szans

Uzyskanie akredytacji, o których Łukaszenka również z niezadowoleniem wspominał, stało się dla zagranicznych dziennikarzy niewykonalną misją. Z powodu ich braku wielu z tych, którzy wcześniej relacjonowali wydarzenia polityczne na Białorusi, nie może na razie przyjechać na Białoruś.

30.07.2020, Mińsk, wielotysięczny wiec opozycyjnej kandydatki na prezydenta Białorusi Swietłany Ciachanouskiej30.07.2020, Mińsk, wielotysięczny wiec opozycyjnej kandydatki na prezydenta Białorusi Swietłany Ciachanouskiej Fot. Sergei Grits / AP Photo

Tylko w ostatnim tygodniu Białoruskie Stowarzyszenie Dziennikarzy (BAŻ) donosiło o co najmniej dziesięciu przypadkach, w których przedstawiciele różnych zagranicznych redakcji przesyłali do białoruskiego MSZ wniosek o tymczasową akredytację, jednak po wyznaczonym do rozpatrzenia terminie 20 dni nie otrzymali żadnej odpowiedzi. Telefoniczne połączenia do MSZ z pytaniem co dalej, kończyły się ironicznie brzmiącą odpowiedzią: „Czekać”. Ile - nie wiadomo.

Tak długie rozpatrywanie wniosków tłumaczono niemożnością powołania komisji, która podejmuje decyzję o akredytacji. Powodem ma być koronawirus. Tym razem już nie “psychoza”, jak wielokrotnie mówił o wirusie Łukaszenka, ale niebezpieczna pandemia.

Jeśli dziennikarze zdecydują się pracować bez akredytacji, mogą odpowiadać z art. 22.9 kodeksu administracyjnego („naruszenie przepisów dotyczących środków masowego przekazu”). Zarejestrowane w Polsce Europejskie Radio dla Białorusi, Radio Racja oraz kanał telewizji satelitarnej Biełsat, które zostały stworzone dla białoruskich słuchaczy i widzów, nie mają na Białorusi statusu prawnego. Dlatego są najbardziej prześladowane przez władze. 

Jak podaje BAŻ, w okresie od 2017 do 2019 r. sądy nakładały 231 razy kary grzywny na dziennikarzy współpracujących z mediami zagranicznymi bez akredytacji na łączną kwotę odpowiadającą prawie 100 tys. dol.

Apel 200 dziennikarzy

W związku z niedawnymi masowymi aresztowaniami niezależni białoruscy dziennikarze 21 lipca zaapelowali do opinii publicznej, władz i sił bezpieczeństwa.

"Bezwstydność tych działań [aresztowań] prowadzi do efektu odwrotnego. Cyniczna chęć pokazania obywatelom, jak bezbronni są wobec władz, przede wszystkim dyskredytuje same władze" - napisano w apelu. Skierowano go do ministra spraw wewnętrznych Juryja Karajewa, prokuratora generalnego Aleksandra Koniuka, szefowej administracji prezydenta Natalii Kaczanowej i ministra informacji Igora Luckiego.

Apel podpisało ponad 200 osób: dziennikarze TUT.BY, Onliner.by, Nasza Niwa, Radia Swoboda, BelaPAN, Euroradia, Biełsatu i innych redakcji, a także freelancerzy i blogerzy.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.