Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Oficjalna białoruska agencja Bielta poinformowała w środę, że 32 Rosjan "mocnej budowy ciała", ubranych w mundury bez znaków rozpoznawczych zameldowało się 24 lipca wieczorem na jedną noc w jednym z mińskich hoteli. Zostali jednak dłużej i po trzech dniach wynieśli się do podstołecznego sanatorium. Tam wzbudzili podejrzenia personelu, bo "nie zachowywali się jak turyści z Rosji" - to znaczy nie spożywali alkoholu i nie sprowadzali dziewcząt.

Całą grupę zatrzymali agenci KGB. Władze przekonują, że aresztowani pod Mińskiem Rosjanie i jeszcze jeden schwytany na południu kraju człowiek posiadający podwójne, białoruskie i rosyjskie obywatelstwo, są najemnikami Prywatnej Spółki Wojskowej Wagnera, która podlega Jewgienijowi Prigożynowi, biznesmenowi zaprzyjaźnionemu z Władimirem Putinem.

„Wagnerowców" ma być w szykującym się do wyznaczonych na 9 sierpnia wyborów prezydenckich kraju więcej. Andriej Rawkow, sekretarz Rady Bezpieczeństwa Białorusi ocenia, że jest ich już nie mniej niż 200, a Rosjanie szykują przerzut nowych grup dywersantów. Ich zadaniem jest przeprowadzanie zamachów terrorystycznych, prowokowanie zamieszek, a w rezultacie doprowadzenie do rewolucji.

"Majdanniętych u nas mało"

Intryga wygląda jednak raczej na kiepsko przygotowaną prowokację ze strony Bat'ki. Trudno uwierzyć w dywersantów, którzy przybywają na akcję do obcego kraju od razu całym plutonem, w wojskowej odzieży i mieszkają praktycznie skoszarowani w jednym miejscu.

Łukaszenka nie pierwszy raz, kiedy popada w problemy, wyciąga z rękawa kartę rzekomej obcej inwazji na Białoruś. Trzy lata temu, kiedy przez kraj przechodziła fala protestów wywołana tak zwaną ustawą o darmozjadach (nakładała podatek na osoby bez pracy, które nie zgłosiły się do rejestru bezrobotnych), też znalazł i kazał aresztować kilkudziesięciu uzbrojonych „partyzantów" przeszkolonych na Litwie i w Polsce. Kiedy sytuacja się uspokoiła, „dywersantów" po cichu wypuszczono z więzień, przed sądem nikt z nich postawiony nie został.

Tym razem prezydent zresztą zawczasu zapowiedział, że kraj zostanie napadnięty. 24 lipca, jeszcze zanim 32 „wagnerowców” przyjechało do Mińska, Bat'ka wizytując 5. Brygadę Sił Specjalnych, ogłosił: - Wszystkie wojny zaczynają się od manifestacji, majdanów. "Majdanniętych" u nas mało, to ich przyślą z zagranicy. To zawodowi wojskowi, bandyci, których szykują przede wszystkim w prywatnych spółkach wojskowych.

Kreml: Nie mamy pełnej wiedzy

Moskwa jest zaskoczona posunięciem Łukaszenki. Media rosyjskie przypominają, że „wagnerowcy" od dawna są wysyłani na swoje misje do Afryki czy na Bliski Wschód przez Mińsk, a odbywa się to za wiedzą i zgodą władz białoruskich. Przy zatrzymanych teraz na Białorusi najemnikach znaleziono literaturę w języku arabskim i funty sudańskie. A Sudan jest jednym z krajów, gdzie działają rosyjskie „psy wojny".

Na samym Kremlu do wieści z Białorusi podchodzą bardzo powściągliwie. Dmitrij Pieskow, rzecznik Putina, uchyla się od komentarza, tłumacząc, że „nie dysponujemy pełną informacją o tym, co się zdarzyło".

Bat’ka zaś wykorzystuje rzekome zagrożenie państwa. Z Białorusi dochodzą sygnały o ruchach wojsk i oddziałów specjalnych milicji ściąganych do stolicy i obstawiających trasę M-1 z Mińska w kierunku granicy z Rosją.

Centralna Komisja Wyborcza w czwartek zebrała u siebie wszystkich poza Łukaszenką kandydatów na prezydenta. Poinformowano ich, że pod Pskowem szykowane są kolejne grupy dywersyjne, sytuacja jest groźna, władze więc wprowadzą nowe „środki bezpieczeństwa” na wiecach i manifestacjach wyborczych.

- Moskwa nie ingeruje w nasze wybory. Bo wierzy, że Łukaszenka wygra, i chce, by wygrał. Chociaż wolałaby, by wyszedł z tej rozgrywki osłabiony, a wtedy będzie bardziej skory do ustępstw na rzecz Kremla i choćby integracji kraju z Rosją - ocenia w rozmowie z "Wyborczą" politolog Waler Karbalewicz i zwraca uwagę na to, że Putin bardzo negatywnie odnosi się do wszelkich rewolucji.

– Gdyby, co jest możliwe, na Białorusi po wyborach doszło do zamieszek, starć, a władza odpowiedziałaby na nie represjami, Kreml stanie po stronie Łukaszenki. Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa już oskarżyła Zachód o to, że ingeruje w wybory białoruskie, bo krytykuje represje wprowadzane przeciw naszym opozycjonistom. Bat’ka może być pewny, że Rosja stanie za nim, jeśli na przykład Rada Bezpieczeństwa ONZ zechce potępić Białoruś za łamanie praw człowieka i zawetuje taką ustawę – przewiduje ekspert.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.