Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

We wtorek do centrali KGB w Mińsku przyszli wyborcy, by złożyć (zgodnie z prawem) wnioski o zwolnienie w aresztu Wiktara Babaryki, który próbował wystartować w zapowiedzianych na 9 sierpnia wyborach głowy państwa i był uważany za najgroźniejszego konkurenta rządzącego krajem od 26 lat Łukaszenki.

W centrali KGB 36 petentów poproszono o wyłączenie telefonów komórkowych i okazanie dokumentów. Potem byli grzecznie proszeni o przejście do specjalnego pokoju, gdzie mają złożyć swe pisma. Wskazany korytarz prowadził jednak na podwórko gmachu – prosto do więźniarek, którymi zawieziono ich tam, gdzie siedzi i Babaryka. Taki żarcik.

Jak uzyskać 72 proc. dla Łukaszenki?

Bat’ka raczej nie może liczyć na to, że za 11 dni odniesie po raz szósty zwycięstwo "eleganckie”, czyli z miażdżącą przewagą głosów. Jego poddani śmiało przychodzą na wiece „zwykłej gospodyni domowej” Swietłany Cichanouskiej, która stanęła do pojedynku z dyktatorem po tym, jak ten posadził jej męża i nie pozwolił mu kandydować. Sympatia rodaków do walącej prawdę w oczy miłej kobiety rośnie, a wyniki nieoficjalnie prowadzonego badania opinii publicznej są dla Łukaszenki tak złe, że na ulicach nadano mu przydomek "Sasza 3 proc.".

Łukaszenka ma jednak swoje sondaże i właśnie je ogłosił. Wyniki ankiety zamówionej przez Drugi Narodowy Kanał Telewizyjny sugerują, że 9 sierpnia Łukaszenka może liczyć na 72,3 proc., a jego konkurentka – na 7,5 proc. głosów. I te cyfry trzeba traktować poważnie. Nie dlatego, że zostały zebrane uczciwie i odzwierciedlają stan rzeczy. Po prostu w realiach białoruskiego życia politycznego są planem, dyrektywą adresowaną do funkcjonariuszy aparatu państwa, którym Bat’ka każe osiągnąć takie wyniki.

W jaki sposób? Choćby ten, który wskazano szefom administracji wszelkich szczebli wśród rezultatów sondażu. Pokazują one, że 61,4 proc. wyborców zgadza się głosować przed terminem. Taką więc część elektoratu urzędnicy i „siłowicy” mają przygnać do urn przed 9 sierpnia. A doświadczenie pokazuje, że zaliczenie wszystkich głosów oddanych przedterminowo i bez żadnej kontroli na Bat'kę jest już tylko, jak mawiają na Wschodzie, „kwestią zręczności rąk”.

Pokaz rozpędzania manifestantów

„Wieczny” prezydent najwyraźniej liczy się jednak z tym, że poddani tym razem nie przełkną gładko „cudu nad urną”. W kampanii wyborczej zabiega więc teraz usilnie o względy tych, którym narysowane dla niego wyniki głosowania przyjdzie ostatecznie „przyklepać” na ulicach.

Wizytuje jednostki wojskowe, obiecując mundurowym solidny żołd i państwowe wsparcie. I zapowiada: „nie byłoby dobrze, gdyby przyszło nam uciekać się do użycia sił zbrojnych, ale wszystko jest możliwe”.

We wtorek Bat’ka w stołecznych koszarach wojsk wewnętrznych podziwiał sprzęt do pacyfikowania demonstracji, którym dysponuje miński OMON. Duże wrażenie zrobił system blokujący „rubież", którym można przegrodzić plac czy ulicę i wyprzeć z niej tłum. Na samochodach tworzących taką ruchomą barykadę są też stanowiska dla strzelców, którzy spychanych ludzi mogą razić kulami i granatami.

OMON-owcy popisali się przed Łukaszenką pokazem rozpędzania manifestantów za pomocą tej nowoczesnej techniki i tradycyjnych pałek.

Łukaszenka liczy, że na stołku prezydenckim utrzyma się choćby siłą. Jeśli, oczywiście, czego nie może być pewny, mundurowi okażą się lojalni i gotowi do końca wykonywać jego rozkazy.

Urządzony dla Aleksandra Łukaszenki pokaz rozbijania demonstracji, 28 lipca 2020 r.Urządzony dla Aleksandra Łukaszenki pokaz rozbijania demonstracji, 28 lipca 2020 r. Nikolai Petrov / AP

Agencja straszy "obcymi bojownikami"

Zagrożony przez Cichanouską Łukaszenka przekonywał, że kobieta „załamie się” pod ciężarem prezydentury, a w ogóle na czele państwa i armii nie może stać, bo nie służyła w wojsku.

Bojowe nastroje armii podgrzała w środę oficjalna agencja informacyjna Bielta, ogłaszając, że pod Mińskiem „odkryto 32 bojowników zagranicznej prywatnej spółki wojskowej”.

Zatrzymani na Białorusi najemnicy to ludzie z rosyjskiej Prywatnej Wojennej Spółki Wagnera. Według agencji Bielta do kraju przysłano ich 200 po to, by destabilizowali sytuację na Białorusi.

Jak jednak wyjaśnił "Wyborczej" publicysta Władisław Inoziemcow, "wagnerowcy" za wiedzą i zgodą Łukaszenki wykorzystują Białoruś jako punkt przerzutowy do miejsc na całym świecie, gdzie prowadzą operacje zbrojne - przede wszystkim do Afryki. Tę wersję potwierdza też pisarz Zachar Prilepin, który dowodził batalionem Rosjan walczących na Donbasie. On wśród zatrzymanych dziś przez Białorusinów rozpoznał kilku swoich ludzi.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.