Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

To już nie jest płoszcza, skromny odpowiednik Majdanu, na placu Październikowym w Mińsku, gdzie w marcu 2006 r. niewielka grupka młodych zapaleńców próbowała zagrzać obojętne na jej hasła miasto do protestu przeciwko sfałszowaniu kolejnych wyborów prezydenckich. Kiedy siły specjalne milicji nad ranem zwinęły namioty, transparenty, ludzi, stolica szybko dała się uciszyć.  Prowincja zaś, jak przywykła od dziesięcioleci, milczała. 

Dziś daje o sobie znać druga Białoruś, jakby równoległa, działająca nie według reguł narzuconych przez Bat’kę. I to wszędzie – w Mińsku, w tradycyjnie bardziej niż inne miasta niepokornym Grodnie, ale też chociażby w małych Stołpcach. Prezydent traci prowincję, a to dla niego fatalne, bo ze wsi czy miasteczek brał i elektorat, i rekruta wierzącego, że "liberastów" bije się dla dobra ojczyzny. 

Obywatelska Białoruś coraz śmielej mówi „nie”

Niebat'kowa Białoruś sama zaczęła wprowadzać swoje porządki samodzielnie, wbrew woli władz broniąc się przed koronawirusem. Prezydent bowiem epidemię COVID-19 nazywa psychozą i wmawia wszystkim, że nie stwarza ona poważnego zagrożenia. 

Ludzie sami potrafili ocenić niebezpieczeństwo i katastrofalny stan przygotowania kraju do  odparcia koronawirusa. Kiedy Łukaszenka mówił, że na wirusa najlepiej pomaga szklanka wódki i praca na traktorze, oni - choć są za to karani - zbierali środki ochrony osobistej dla szpitali, sami pojęli, że z domu trzeba wychodzić w maskach, samoizolować się. 

W środę woda w kranach 800 tys. mieszkańców niemal dwumilionowego Mińska okazała się skażona. Władze stolicy nie radzą sobie z awarią czy sabotażem, bo wciąż nie wiadomo, co się stało. I znowu obywatele drugiej Białorusi wzięli sprawy w swoje ręce. Ci, którzy mają dobrą wodę, organizują się, by dostarczyć ją zwłaszcza ludziom starszym, którzy nie mogą stać w gigantycznych kolejkach do cystern przysłanych przez administrację. 

Obywatelska Białoruś coraz śmielej mówi 'nie' planom chorego na tronoholizm przywódcy.Obywatelska Białoruś coraz śmielej mówi 'nie' planom chorego na tronoholizm przywódcy. Fot. STR / AP Photo

Obywatelska Białoruś coraz śmielej mówi „nie” planom chorego na tronoholizm przywódcy, który po pięciu już kadencjach zamierza „elegancko” (to jego określenie) wygrać w sierpniu szóste wybory i rządzić do czasu, kiedy będzie mógł przekazać władzę synowi, dziś 16-letniemu Koli. 

„Elegancko” się nie uda. Sondaże przeprowadzane przez niezależne media (wyników oficjalnych badań opinii publicznej na Białorusi się nie publikuje) wskazują, że Bat’ka może liczyć na poparcie 3 proc. poddanych. Najlepsi macherzy od fałszowania wyborów nie zrobią z tego wymaganej połowy głosów. 

Zostaje goła przemoc, pakowanie konkurentów do więzienia. Łukaszenka to robi. Ale obywatelska Białoruś pokazuje, jak może, że to właśnie ci, których posadził, są jej faworytami. Robiła to, choćby stając w kilometrowych kolejkach (w maseczkach i z zachowaniem przyjętego przez ludzi kwarantannowego dystansu), by podpisać listy poparcia dla konkurentów „niezmiennego”. 

Protest polityczny stał się na Białorusi modny. A to dla dyktatorów śmiertelnie niebezpieczne. 

Aleksander Łukaszenka i Władimir PutinAleksander Łukaszenka i Władimir Putin Mikhail Klimentyev / AP

Putina też mają dość

W stronę słabnącego Łukaszenki drapieżnie patrzy Władimir Putin. Ma ochotę złowić w mętnej wodzie białoruską rybę, choćby jako nowy nabytek terytorialny. 

Ale i on słabnie. Też chory na tronoholizm, gna swoich poddanych na referendum, które da mu prawo rządzić dożywotnio. Jednak i jemu poparcie udzielane przez rodaków topnieje, i to do historycznego minimum. Coraz więcej obywateli ma go dość. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.