Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

- Pójdziesz na Płoszczę [plac], jeśli nie będzie żadnych zmian? -  zapytałam na początku minionego tygodnia wszystkich moich apolitycznych przyjaciół i znajomych, którzy całe swoje życie przeżyli pod rządami jednego prezydenta. Aleksandra Łukaszenki.

- Jeszcze nie odpowiedziałem sobie na to pytanie. Zrozum, wyjdą tylko ci, którzy nie mają nic do stracenia, po prostu zmiażdżą nas -  odpowiedzi były identyczne.

Jednak po kilku tygodniach prawie każdy z nich stał w łańcuchu solidarności z aresztowanymi politykami opozycji. Sieci społecznościowe pełne były zdjęć z tych wydarzeń, a pytanie „jeśli nie wyjdę ja, to kto?” można było usłyszeć coraz częściej.

- Popatrz, jesteśmy tu całą rodziną. To są uczucia nie do opisania. Szaleńcza energia - słyszałam w słuchawce telefonu dziesiątki razy.

Kogokolwiek, byle nie On

Od momentu rozpoczęcia kampanii wyborczej (na początku maja, głosowanie odbędzie się 9 sierpnia) każdego dnia społeczeństwo zmieniało się na naszych oczach, jednocząc się coraz bardziej i stając się bardziej "obywatelskie". Zwykłe zbieranie podpisów pod nazwiskami alternatywnych kandydatów na prezydenta - którzy albo zostali już aresztowani, bądź nadal są prześladowani, przekształcały się w kilometrowe kolejki, które ciągnęły się przez całe miasta...

- Musimy walczyć o przemiany. Nie ma już drogi powrotnej - mówili ludzie przychodzący na protesty.

Wielu przyznawało, że bało się wyjść, ale - w związku z ostatnimi wydarzeniami - udało im się pokonać lęk.

Czego się bali? Nikt nie chciałby stracić pracy, być pobitym do utraty przytomności, przesiedzieć kilka dni w zimnej celi więziennej, czy otrzymać karę grzywny, której nie będzie w stanie zapłacić.

- Mamy już dość tej sytuacji, jesteśmy jak w klatce. To, co robi z nami rząd, jest nieludzkie - drżącym głosem, ze łzami w oczach mówiła mieszkanka Mińska, która stała w kolejce, by złożyć podpis na „kogokolwiek tylko nie na Niego”. Właśnie ta fraza była najbardziej popularna w ciągu ostatnich kilku miesięcy.

- Wychodźcie, nie bójcie się i nie milczcie. Razem jesteśmy potęgą, razem zwyciężymy - stojący za nią mężczyzna krzyczał do kamery niezależnych mediów.

Prezydent Białorusi Aleksander ŁukaszenkoPrezydent Białorusi Aleksander Łukaszenko Alexei Nikolsky / AP / AP

Klaszcząc skandowali "wypuszczaj", "wolność"

Ludzie doszli do wniosku, że działania władz nie pozostawiają im żadnego wyboru. Przypomnieli sobie o lekceważeniu epidemii koronawirusa, fałszowaniu wyników głosowań (które, począwszy od 1996 r., i tak nie są uznawane przez wspólnotę międzynarodową za wolne i demokratyczne) oraz braku wolności słowa.

"Jeśli rząd próbował dotąd gasić pożar, to - wręcz przeciwnie - polał go benzyną. Teraz tłum będzie "wybuchał" jeszcze silniej" - pisali Białorusini w komentarzach pod wiadomościami o brutalnym postępowaniu władz z opozycyjnymi kandydatami na prezydenta, niekończących się represjach wobec nich i ich rodzin oraz zastraszaniu protestujących.

„Wybuchł” nie tylko stołeczny Mińsk i duże miasta, jak Brześć, Grodno, Homel oraz mniejsze - Hancewicze, Mołodeczno, Lida czy Baranowicze, obudziła się nawet prowincja. Wielu mieszkańców najmniejszych nawet miast uznało za swój obowiązek ustawić się w łańcuchu na znak solidarności z więźniami politycznymi. Pokojowe pikiety, które zaczynały się po południu, kończyły się późną nocą. Klaszcząc ludzie skandowali "wypuszczaj", "wolność". Zaś z otwartych szyb mijających tłum trąbiących samochodów powiewały biało-czerwono-białe flagi.

18 czerwca był to już łańcuch na znak solidarności ze wszystkimi więźniami politycznymi. 

Rano o tych wydarzeniach przypominały napisy na chodnikach „Sasza 3 procent” - hasło oznaczające wysokość poparcia dla prezydenta Łukaszenki według sondaży niezależnych mediów i instytutów badawczych (ich przeprowadzania rząd zabronił 2 czerwca).

Blokady i aresztowania

Tymczasem ostatnią pokojową pikietę przy zbieraniu podpisów na rzecz niezależnych kandydatów na prezydenta poprzedziła w zeszły piątek blokada połączeń internetowych w całym kraju oraz masowe zatrzymania nie tylko protestujących i przypadkowych przechodniów, ale także dziennikarzy.

Ruch wzdłuż kilku ulic w stolicy oraz w innych dużych miastach został zablokowany. Wszystkie poczynania spacerujących po mieście, które funkcjonariuszom w cywilnych ubraniach mogły wydawać się podejrzane, kończyły się wrzucaniem obywateli do autozaków (samochody przystosowane do przewozu więźniów) i pobiciem po przybyciu do aresztu śledczego.

Kolejne dni wyglądały identycznie. Wiadomości, jakie dostaję od moich przyjaciół i krewnych, kończą się teraz słowem „straszne”, a w przelotnych rozmowach coraz częściej słychać „czuję, że poleje się krew”.

Białoruś się obudziła

W internecie pełno jest petycji z żądaniami uwolnienia więźniów politycznych. Znani sportowcy, dziennikarze telewizji państwowej, muzycy i aktorzy opowiadają się za wolnymi wyborami; wstydzą się propagandy, której byli częścią, piętnują agresję policji.

Niezależni dziennikarze są pod nadzorem; np. dzisiaj przeszukano mieszkanie administratora znanego kanału telegramowego (sieć społecznościowa) Igora Losika. Potencjalnym kandydatom do prezydenckiego fotela Łukaszenka kilkakrotnie sugerował zaś, by byli ostrożni.

Ale pomimo iż władze odpowiadają na protesty coraz bardziej brutalnie, ludzie wciąż cytują słowa głównego przeciwnika Łukaszenki w sierpniowych wyborach, aresztowanego niedawno bankiera o liberalnych przekonaniach, Wiktora Babariko (według sondaży mógłby liczyć nawet na 50 proc. poparcia): „Białoruś, która była wcześniej, już nie istnieje. Białoruś się obudziła ”. Twierdzą też, że tego ruchu nie da się już zatrzymać.

Coraz więcej osób nagrywa filmiki i zamieszcza wpisy na portalach społecznościowych apelując do całego  świata: „Mówcie o nas! Piszcie o nas! Bez waszej pomocy sobie nie poradzimy!”

Białorusini noszą ubrania o narodowej symbolice i koszulki z napisem "PSYCHO 3%" (Łukaszenka mówił bowiem, że koronawirus jest psychozą, a 3 proc. to jego notowania w niezależnych sondażach). Można je jeszcze kupić (choć bywają konfiskowane przez policję) w specjalnym sklepie w Mińsku Symbal.by, który z polecenia władz zostanie zamknięty 29 czerwca).

Każdego dnia ludzie dzwonią na linie służb specjalnych (również jest to działanie zorganizowane), by dowiedzieć się, dokąd mogą pójść, aby nie zostać aresztowanym, czy mogą stać w kolejce w sklepie spożywczym, czy też jest to zabronione.

Popularny stał się nowy flash mob: mieszkańcy różnych zawodów zamieszczają zdjęcia z wiadomościami i hasłami przeciwko Łukaszence. Wśród protestujących są nawet przedstawiciele organów ścigania. 

Łukszenka chce szóstej kadencji

8 maja białoruski parlament wyznaczył datę wyborów prezydenckich na 9 sierpnia. 20 maja Centralna Komisja Republiki Białorusi ds. Wyborów i Prowadzenia Referendów Krajowych zarejestrowała "15 grup inicjatywnych" - czyli 15 potencjalnych kandydatów. Jest wśród nich rządzący niepodzielnie od 26 lat Aleksander Łukaszenka.

Jak zwykle zamierza wygrać już w pierwszej turze, o drugiej nie ma mowy. W ostatnich wyborach w 2015 r. Łukaszenka zdobył 83,5 proc. głosów.

Podpisy poparcia dla ubiegających się o prezydencki fotel kandydatów były zbierane do 19 czerwca. Rejestracja kandydatów odbędzie się między 5 a 14 lipca.

Główny rywal Wiktor Babarika został aresztowany wraz synem 18 czerwca, podczas próby złożenia podpisów pod jego kandydaturą w komisji wyborczej. - Został zatrzymany, ponieważ był organizatorem i przywódcą nielegalnych działań i próbował wpłynąć na zeznania świadków  - powiedział agencji prasowej AFP Ivan Tertel, szef państwowej komisji kontroli. A sam Łukaszenka kilkakrotnie mówił, że Babarika jest kandydatem Kremla.

Drugi były potencjalny rywal Siarhiej Cichanouski został zatrzymany 29 maja w Grodnie. Wówczas start w wyborach ogłosiła jego żona Swiatłana, która teraz dostaje groźby.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.