Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Choć pandemia koronawirusa zbiera coraz poważniejsze żniwo we wszystkich sąsiadujących z Białorusią krajach, pierwszy oficjalny komunikat o śmierci pacjenta zakażonego SARS-CoV-2 pojawił się dopiero 31 marca. Tego dnia białoruskie ministerstwo zdrowia poinformowało, że w witebskim szpitalu zmarł 75-letni aktor teatralny Wiktor Daszkiewicz, którego pięć dni wcześniej poinformowano o pozytywnym wyniku testu na obecność wirusa. 1 kwietnia resort potwierdził, że we wsi Doktorowicze z powodu koronawirusa zmarła emerytowana nauczycielka.

Łukaszenka wirusów nie widzi

W odróżnieniu od innych krajów władze Białorusi nie wprowadziły właściwie żadnych ograniczeń związanych z epidemią. Granice pozostają otwarte, nie ma mowy o kwarantannie, Białorusini nie są nawet zachęcani do samoizolacji. Brak jakiejkolwiek reakcji ze strony władzy na epidemię prezydent Aleksander Łukaszenka tłumaczy, cytując m.in. przywódcę USA: „Trump powiedział tak: jeśli szybko nie wrócimy do pracy, to więcej Amerykanów umrze z powodu bezrobocia niż na skutek koronawirusa. Rozumiecie teraz, dlaczego nie zamierzam zamknąć zakładów?”.

I choć cytowany przez niego prezydent USA chyba zrozumiał już powagę sytuacji, sam Łukaszenka sprawę nadal bagatelizuje. Swoim rodakom najpierw zalecał pracę w polu, korzystanie z sauny i spożywanie spirytusu jako remedium na koronawirusa. Ostatnio dodał do tego grę w hokeja na lodzie. „Lepiej jest umrzeć, stojąc, niż żyć na kolanach” - powiedział w przerwie meczu dziennikarce ONT, która zapytała go, czy epidemia wpływa w jakiś sposób na jego grafik.

Prezydent Białorusi ironicznie zapytał też, czy dziennikarka widzi gdzieś wokół „te wirusy, bo on – nie”.

Sytuacja jest spokojna

W dniu, w którym białoruskie władze potwierdziły oba zgony, nie podano do wiadomości publicznej oficjalnej liczby wszystkich zakażonych w kraju. Ostatnia rządowa informacja pochodzi z 30 marca i mówi o zaledwie 163 zakażonych w całym kraju. Zgodnie z raportem Światowej Organizacji Zdrowia to jeden z najniższych wyników w Europie.

Zastępczyni ministra zdrowia Jelena Bogdan ma wytłumaczenie tej nadzwyczajnie niskiej liczby zakażeń. „Ministerstwo zdrowia z pełną odpowiedzialnością informuje, że sytuacja w kraju jest spokojna i pod pełną kontrolą. Stosowane przez nas środki pozwoliły nie dopuścić do wzrostu liczby zachorowań, jak to ma miejsce w innych krajach” - powiedziała portalowi Tut.By. 

W podobnym tonie dla tej samej redakcji wypowiedziała się główna lekarka Białorusi Natalija Żukowa: „Białoruska służba zdrowia jest przygotowana na takie sytuacje. Cały czas zadaje nam się pytanie, dlaczego na Białorusi jest nie tak jak w innych krajach. A odpowiedź jest prosta: mamy inne warunki. Mamy nadzieję, że uda nam się utrzymać spokój”.

Innego zdania jest białoruska dziennikarka Hanna Liubakowa, która, powołując się na wypowiedź anonimowego lekarza jednego z witebskich szpitali, mówi mi, że lekarze zmuszani są przez służby bezpieczeństwa do podpisywania zobowiązania o nierozpowszechnianiu informacji na temat COVID-19.

Zapalenie płuc nie psuje statystyk

O wirusie mówić nie można, ale wskazówką pozwalającą domyślać się skali epidemii jest rosnąca drastycznie liczba pacjentów chorych na zapalenie płuc. „W samym Witebsku cztery szpitale zostały specjalnie przystosowane do przyjmowania jedynie pacjentów leczących się na zapalenie płuc. Dzisiaj wiadomo, że wszystkie cztery są pełne, do zamknięcia i 'przekwalifikowania' przygotowywane są następne, a liczba cierpiących na tę dolegliwość w ostatnim czasie wzrosła trzykrotnie. Tylko w zeszłym tygodniu rzekomo na zapalenie płuc w mieście zmarło co najmniej 20 osób” - opowiada Liubakowa.

Informację tę potwierdza „Wyborczej” również mieszkanka Mińska, która chce pozostać anonimowa: „Lekarze, nawet jeśli podejrzewają u pacjenta zakażenie koronawirusem, najprawdopodobniej w historii choroby umieszczą zupełnie inną diagnozę, np. zapalenie płuc albo zapalenie górnych dróg oddechowych. Wszystko po to, by nie psuć władzom statystyk”.

Takie same wnioski płyną z anonimowych wypowiedzi białoruskich lekarzy, którzy dziennikarzom Radia Swoboda mówili: „Sytuacja w rzeczywistości wygląda o wiele gorzej, niż twierdzą władze. Choruje teraz wiele osób. O wiele więcej niż zazwyczaj. Najczęściej diagnozuje się u nich grypę lub zapalenie płuc. Bardzo wielu pacjentów w ostatnim czasie umiera. Tak naprawdę jednak trudno powiedzieć, na jaką chorobę”.

Epicentrum w Witebsku?

Kontrola sytuacji, o której tak często mówią przedstawiciele państwowych organizacji, jest najwyraźniej pozorna: 1 kwietnia redakcja portalu Meduza, powołując się na informatora w rosyjskich organach władzy, poinformowała, że Białoruś wystosowała „poprzez kanały dyplomatyczne” prośbę do rosyjskich władz o pomoc w walce z koronawirusem.

Z nieoficjalnych informacji wynika, że najwięcej przypadków zachorowań jest obecnie w Witebsku. Autorzy utworzonego w komunikatorze Telegram kanału „Wszystkie znane przypadki” informują: „Nie mamy co liczyć na oficjalne informacje od władzy. Będziemy więc na bieżąco monitorować sytuację w kraju i informować o kolejnych przypadkach zachorowań na 'zapalenie płuc'. Tylko w zeszłym tygodniu otrzymaliśmy ponad tysiąc wiadomości z różnych szpitali w całym kraju. (…) W Witebsku w zeszłym tygodniu zmarły co najmniej 22 osoby, ponad tysiąc jest chorych. Ciała zmarłych można odbierać ze szpitali nocą”.

Dziennikarzom redakcji Tut.by udało się dotrzeć do treści rozporządzenia witebskiego komitetu wykonawczego, z którego wynika, że lokalne władze przygotowują się do zamknięcia miasta, a studentom miejscowej uczelni zalecono, by po trwającej obecnie na Białorusi przerwie wiosennej nie wracali do Witebska.

Miejski komitet wykonawczy opublikował 30 marca na swojej stronie wytyczne mające zniwelować możliwość rozprzestrzeniania się „infekcji”, do których mają stosować się mieszkańcy Witebska. Wśród nich znalazły się m.in. zachowanie półtorametrowego dystansu, przejście na nauczanie zdalne czy odwołanie wystaw i jarmarków.

Wiadomości drwią z wirusa

Białoruskie władze i państwowe media, jeśli już mówią o koronawirusie, to w sposób prześmiewczy. W głównym wydaniu wiadomości państwowego kanału ONT o koronawirusie, który zobrazowano w krótkim filmiku jako potwora z jednego z filmów akcji z Milą Jovovich, dziennikarze i eksperci wypowiadali się w ubiegłym tygodniu tak: „Strach przed tym nieznanym wirusem rodzi panikę. A przecież można byłoby go nazwać po prostu zapalenie górnych dróg oddechowych 86. Zapalenie górnych dróg oddechowych wszystkim nam jest znane, tak, niektórzy z tego powodu umierają... To przykre, ale do tego przecież przywykliśmy. (…) Stosowane obecnie środki zapobiegawcze są wystarczające. W końcu amputować nogę z powodu rozbitego kolana nie byłoby mądre, co prawda kolano na pewno by nas nie bolało, ale może to już przesada? Nie ma powodu do paniki. Nie taki wirus straszny, jak go malują… media. I głównym szkodnikiem jest dzisiaj nie koronawirus, ale strach przed nim”.

Narracja mediów państwowych jest rzecz jasna oficjalną narracją władzy, na którą pierwsze potwierdzone przypadki zgonów w żaden sposób nie wpłynęły. Prezydent Aleksander Łukaszenka, który w oficjalnych wypowiedziach w dalszym ciągu bagatelizuje ogłoszony przez Światową Organizację Zdrowia stan pandemii, śmierć Daszkiewicza skomentował tak: „Słuchajcie, on już od ponad dziesięciu lat był na emeryturze. Poszedł do pracy. Ja nie oceniam, może po prostu był mężnym człowiekiem. Zresztą jego żona jest zdrowa, a przecież mieszkali razem. Córka też zdrowa. One mają silną odporność, a on, biedaczysko, nie wytrzymał”.

Zrobić zapasy i kupić dolary

Stosunek oficjeli przekłada się na zachowanie społeczeństwa. Chociaż część postanowiła działać na własną rękę - sami decydują o tymczasowym zawieszeniu działalności gospodarczych, przekwalifikują się na pracę zdalną, nie posyłają dzieci do szkół - wielu nie traktuje epidemii poważnie.

Mówi mi o tym Polina, mieszkanka Brześcia: „Ludzie normalnie chodzą do pracy, szkoły, spacerują, urządzają imprezy. Zachowują się, jak gdyby nic się nie działo. Kiedy weszłam do apteki w maseczce i rękawiczkach, zdziwiona farmaceutka zapytała mnie, po co mi to i że przecież to i tak w niczym mi nie pomoże. Czytam wiadomości płynące z Polski, z Rosji i materiały anglojęzyczne i coraz bardziej mam wrażenie, że to, co się u nas dzieje, to drugi Czarnobyl. O tym, że coś się dzieje, powiedzą nam, jak połowa z nas umrze”.

Hanna Liubakowa dodaje z kolei: „To nie jest tak, że ludzie w ogóle nie rozumieją sytuacji. Wielu już zdaje sobie sprawę z tego, że jest źle, a przynajmniej, że coś jest nie tak: w końcu to niemożliwe, że wszystko jest w porządku, skoro nasi lekarze też proszą ludzi, by zostali w domach, by unikali tłumów. Faktem jednak jest, że póki władze nie podejmą poważnych kroków, ten problem łatwo będzie można ignorować. Białorusini mają świadomość, że władzom nie można ufać. Lata doświadczenia nauczyły nas, że w takich sytuacjach, nawet jeśli władze zapewniają, że wszystko jest w porządku, najbezpieczniej jest zrobić zapasy i kupić dolary. Sama mam wrażenie, że moje państwo upadło: za nic ma zdrowie i życie swoich obywateli”.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.