Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Na złagodzenie kryzysu gospodarczego, który zapewne wywoła pandemia koronawirusa, Komisja Europejska ma przeznaczyć 37 mld euro ze środków na spójność. Komisja chce też znieść w tym roku konieczność zwrotu niewykorzystanych pieniędzy z funduszy strukturalnych. W końcu Bruksela ma mniej restrykcyjnie patrzeć na państwa, które przekroczą w tym roku dozwolony 3,5-procentowy deficyt budżetowy. Złagodzone ma też zostać stanowisko w sprawie pomocy publicznej.

Polska na szybkie inwestycje będzie mogła wydać z unijnych funduszy 7,4 mld euro. Pierwsza transza, jaka ma zostać bez żadnych biurokratycznych przeszkód przekazana Warszawie, ma wynosić 1,1 mld euro. Resztę dostaniemy, gdy pierwsza transza zostanie rozdysponowana. Pieniądzmi rząd ma wesprzeć służbę zdrowia oraz małe i średnie przedsiębiorstwa, które ucierpiały z powodu pandemii.

Mimo to od kilku dni w Polsce politycy PiS twierdzą w mediach społecznościowych, że UE robi za mało ws. epidemii.

Rozmowa z Piotrem Burasem, szefem warszawskiego biura think tanku European Council on Foreign Relations

Bartosz T. Wieliński: Ile prawdy jest w twierdzeniu, że Unia Europejska robi za mało w sprawie pandemii koronawirusa?

Piotr Buras: Z krytyką UE trzeba być ostrożnym. Trzeba też zadać sobie pytanie, co instytucje unijne mogą zrobić w tej sprawie. To nie one decydują w kluczowych sprawach dotyczących organizacji pracy szpitali, zakupów i produkcji lekarstw, funkcjonowania szkół, transportu publicznego. Tym zajmują się państwa członkowskie. To one walczą z wirusem. Dziś to na nich skupia się cała uwaga. Wydaje się nawet, że odradza się wiara, że państwa mogą jeszcze cokolwiek zrobić. Komisja Europejska niewiele może tu pomóc.

Takie twierdzenia wzmacniają populistów głoszących od lat, że Unia jest złem. Gdy rośnie liczba zakażonych, obwiniają o to Unię, dodając, że Wspólnota jest bezsilna. A to jest całkowita nieprawda.

Jednak od lat słyszymy, że wobec globalnych wyzwań XXI w., takich jak ocieplenie klimatu czy migracja, państwa Europy same nic nie zrobią. Problemy rozwiąże tylko Unia Europejska. A teraz jest na odwrót.

- Czy każdy kraj radzi sobie sam z wirusem? W przypadku Włoch można mieć co do tego wątpliwości. Oczywiście, że sytuacja byłaby pewnie lepsza, gdyby w UE istniały awaryjne mechanizmy na czas epidemii. Gdyby automatycznie uruchomiono procedury wzmocnienia służby zdrowia dla zagrożonych obszarów, przysłano dostawy odzieży ochronnej, respiratorów. Zresztą Komisja Europejska idzie w tym kierunku, fakt, że trochę za późno. Choć z drugiej strony trzeba uczciwie zapytać, czy którekolwiek państwo w UE było na taki kryzys przygotowane? Nie. Gotowe były tylko Tajwan i Korea Południowa. Jednak te kraje wyciągnęły wnioski z epidemii SARS w 2003 r.

To skoncentrowanie uwagi na państwach narodowych będzie krótkotrwałe. Bo według prognoz pandemia może wywołać kryzys gospodarczy o równie katastrofalnych skutkach jak ten z lat 2008-10. A tu żadne państwo narodowe sobie samo nie poradzi. Komisja Europejska czy Europejski Bank Centralny będą miały pełne pole do popisu. 

Wyciągając europejskie gospodarki z kłopotów, będą musiały też działać tak, by nie powtórzyć błędów sprzed 10 lat. Wówczas Unia działała za późno i zbyt radykalnie. Np. wymagając wielkiego zaciskania pasa od Grecji doprowadziła do pogłębienia kryzysu w tym kraju. A to odbiło się na wizerunku Unii i wzmocnieniu populistów. Unia musi być mądrzejsza.

Epidemie są jednak wpisane w naszą historię. Dlaczego integracja europejska w tak niewielkim stopniu dotyczy systemów opieki zdrowotnej?

- Państwa członkowskie nie tylko w tej sprawie nie chciały przekazać Unii swoich kompetencji. To łatwo zrozumieć. W Europie funkcjonują różne modele polityki społecznej, finansowania służby zdrowia, medycyna rozwija się według różnych tradycji. Unia Europejska nie jest projektem, który wszystko ujednolica i harmonizuje. A państwa uczą się potem na błędach.

To zresztą nie pierwszy taki przypadek. Gdy wybuchł kryzys migracyjny w 2015 r., też okazało się, że UE nie ma za bardzo instrumentów, by mu przeciwdziałać. Gdy podjęto decyzję o rozdzieleniu uchodźców między kraje członkowskie, wybuchła taka awantura, że UE zaczęła trzeszczeć w szwach. Do dziś nam się to odbija czkawką.

W efekcie państwa dbają tylko o swój interes. W kwestii migracji, dopóki uchodźcy nie zaczęli zalewać Niemiec, prośby Włochów o pomoc ignorowano.

Podobnie jest podczas pandemii koronawirusa. Włochy proszą o odzież ochronną, w odpowiedzi Niemcy i Francja wprowadzają zakaz eksportu.

- To ewidentny brak solidarności. Szkoda, że na poziomie unijnym nie ma regulacji, które zmuszałyby państwa członkowskie do udzielania sobie pomocy. Co gorsza nie wierzę, że obecny kryzys to zmieni.

Pandemia koronawirusa nie wyzwoli żadnego integracyjnego impulsu w Europie, nie powstaną żadne unijne mechanizmy koordynacji systemów opieki medycznej. Raczej kraje dotknięte w małej grupie będą szukać wspólnych rozwiązań, ale poza unijnymi traktatami. Państwa będą dalej pilnować przede wszystkim swoich interesów.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.