Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Cogodno oraz sąsiadujące z nim Casalpusterlengo i Castigliano d’Adda, a także siedem kolejnych przylegających gmin w prowincji Lodi szybko uznano za „strefę czerwoną”, której nikt nie mógł opuszczać ani do niej wjeżdżać.

Miasta widma

Miasteczka w nielicznych relacjach telewizyjnych wyglądały jak wymarłe. Na ulicach prawie nikogo – mieszkańcom nakazano pozostanie w domach. Zamknięto wszystkie urzędy, włącznie z pocztowymi.  Otwarte były tylko apteki, w których brakowało masek ochronnych i środków dezynfekujących.

Przez pierwsze dwa tygodnie sytuacja wydawała się tragiczna. Żniwo zakażonych i umierających powiększało się z dnia na dzień. 5 marca w prowincji Lodi było aż 658 zakażonych, ponad jedna czwarta z wszystkich 2251 przypadków w Lombardii.

Upadek i wzlot Codogno

8 marca w Lodi zakażone były 853 osoby, podczas gdy w całej Lombardii prawie 4,2 tys. Odczytano to jako dobry znak: podczas gdy w całym regionie przybywało szybko zakażonych, w objętej „czerwoną strefą” prowincji chorych przybywało wolniej.

„Corriere della Sera” (wydanie z 11 marca) poprawę sytuacji w Codogno i innych gminach prowincji Lodi wykazało w jeszcze inny sposób, wyliczając, że o ile wskaźnik zakaźliwości koronawirusem wynosi 2,5 (jedna osoba zaraża średnio 2,5 osoby), o tyle w ostatnich dniach w Lodi spadł on do 1. Wskaźnik poniżej 1 oznacza, że wirus przestaje się rozprzestrzeniać. Wreszcie cytowana również przez „Corriere” specjalna jednostka ekspertów regionu do walki z kryzysem wykazała, że między 1 a 4 marca liczba nowych zachorowań była mniejsza o 30 proc. w stosunku do okresu 21-25 lutego, czyli wybuchu epidemii.

Sytuacja poprawiła się na tyle, że Narodowy Instytut Zdrowia zdjął w zeszłą niedzielę z Codogno i pozostałych dziewięciu gmin obostrzenia „czerwonej strefy”, a gubernator Lombardii Fontana, podając przykład Codogno i okolicznych gmin, zażądał zastosowania sprawdzonych już obostrzeń w pozostałej części regionu. Zwłaszcza że w ostatni wtorek w Codogno nie odnotowano ani jednego nowego zakażenia.

Model Codogno w całych Włoszech

– „Strefa czerwona” Lodi i Codogno to jedyny obszar, w którym infekcja hamuje, a szybkość rozprzestrzeniania się zakażeń się zmniejsza, w przeciwieństwie do reszty regionu. Należy przenieść model Codogno na całą Lombardię – oświadczył Fontana.

– Kwarantannę przeprowadziliśmy na serio. Model „czerwonej strefy” okazał się skuteczny – ocenił Francesco Passerini, burmistrz Codogno.

W środę wieczorem premier Conte niejako przychylił się do propozycji Fontany, wprowadzając wielkie ograniczenia nie tylko w Lombardii, lecz także w całych Włoszech, podkreślając, że ich celem jest zminimalizowanie ruchu i kontaktów między ludźmi w całym kraju. Fontana powitał decyzję rządu z radością.

Bohaterka z Codogno

Dwa dni temu całe Włochy z radością przyjęły nowinę, że odłączony od respiratora został 38-letni Mattia M. z Codogno, zwany pacjentem numer jeden (bo to od niego zakaziły się kolejne osoby w okolicy, nieświadomie rozprzestrzeniając chorobę). Wysportowany Mattia, pracownik miejscowej fabryki, w wolnych chwilach uprawiający biegi długodystansowe i grający jako środkowy obrońca lokalnej piłkarskiej drużyny amatorskiej, zgłosił się 18 lutego do szpitala w Codogno. Od czterech dni miał objawy grypy, które nie chciały ustąpić. 18 lutego lekarz szpitalny zdiagnozował „lekkie zapalenie płuc” i pozwolił Mattii wrócić do domu. Za parę godzin – 19 lutego w nocy – jednak wrócił, bo czuł się fatalnie. 20 lutego trzeba go było reanimować. Nikt nie miał pojęcia, co jest przyczyną nagłego pogorszenia. Wtedy zapaliła się czerwona lampka w głowie szpitalnej anestezjolożki, 38-letniej Annalisy Malary. Malarę dziś słusznie uznaje się za narodową bohaterkę, ponieważ łamiąc ówczesne protokoły, doprowadziła do odkrycia pierwszego przypadku zachorowania na koronawirusa na ziemi włoskiej.

– To, co zobaczyłam, było niemożliwe. Po raz pierwszy leki nie działały na zapalenie płuc, które wydawało się banalne. Moim obowiązkiem było wyleczenie chorego. Pomyślałam, że skoro zawodzi to, co znamy, trzeba się rzucić w to, co nieznane – komentuje Malara w wywiadzie dla „La Repubbliki” nagłe pogorszenie się zdrowia pacjenta i reanimację. – To był ten „fałszywy moment”, który zdradził koronawirusa. W czwartek rano, 20 lutego, pomyślałam, że tego, co wydawało się niemożliwe, nie można było dłużej wykluczać.

– Musiałam prosić władze sanitarne o zgodę na test – kontynuuje opowieść anestezjolożka. – Włoskie protokoły postępowania tego nie przewidywały. Odpowiedziano mi, że jeżeli naprawdę uważam to za konieczne, mogę przeprowadzić test na własną odpowiedzialność. O godz. 12.30 20 lutego ja i moi koledzy zdecydowaliśmy zrobić coś, czego nie przewidywała praktyka. Przestrzeganie reguł medycznych jest wśród przyczyn, które pozwoliły wirusowi niezauważenie krążyć przez tygodnie.

We Włoszech nikt dziś nie ma wątpliwości, że upór lekarki uratował życie wielu osobom i zmusił władze do wypowiedzenia epidemii zdecydowanej wojny. Tę świadomość ma także dr Annalisa Malara, kiedy mówi:

– Mam nadzieję, że przyczyniłam się do tego, że moi koledzy i instytucje, we Włoszech i w Europie, zyskali trochę czasu. Zyskaliśmy cenne dni, żeby przygotować się do walki z epidemią.

A Mattia, pacjent nr 1, po 20 dniach na terapii intensywnej w szpitalu w Pawii wreszcie może oddychać samodzielnie. Jego żona, również zainfekowana, jest w dobrym stanie. Lada dzień urodzi im się pierwsze dziecko.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.