Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Lekarze podkreślają, że samo noszenie maseczki chirurgicznej nie zapewnia ochrony przed koronawirusem. Po pierwsze dlatego, że muszą mieć specjalny filtr. Po drugie, trzeba je zmieniać, bo zawilgocone mogą się stać źródłem zakażenia. Po trzecie, trzeba przestrzegać innych zasad, m.in. regularnie myć ręce.

Mimo to w aptekach praktycznie w każdym zakątku Europy maseczki i płyny do dezynfekcji rąk błyskawicznie zniknęły z półek.

We Francji sytuacja zaczęła przypominać kryzys w ogarniętych - jako pierwsze - epidemią koronawirusa Chinach, gdzie powstał czarny rynek odzieży ochronnej, a firmy sprzedają podrabiany, często bezwartościowy towar.

W Ain we wschodniej Francji zatrzymano ostatnio nieuczciwego biznesmena sprzedającego dziesiątki tysięcy maseczek, których data przydatności do użycia upłynęła prawie 10 lat temu. W kraju odnotowano do tej pory 288 przypadków infekcji. Zmarły cztery osoby.

Maseczka tylko na receptę

Od wtorku zgodnie z zarządzeniem ministerstwa zdrowia państwo skonfiskowało zapasy maseczek i odzieży ochronnej znajdujące się w magazynach koncernów farmaceutycznych. Apteki zaś sprzedają maseczki wyłącznie na recepty.

- Nie ma ryzyka, że tych produktów zabraknie. Zrobiliśmy duże zapasy, które będziemy stopniowo przekazywać aptekom. Chodzi nam o to, by trafiły faktycznie do ludzi, którzy ich potrzebują  - tłumaczy Sibeth Ndiaye, rzecznik francuskiego rządu, mając na myśli zakażonych i lekarzy.

Decyzja Paryża wywołała niepokój Niemców, gdzie liczba zakażonych w ciągu ostatniej doby prawie się podwoiła. Koronawirusa zdiagnozowano u 444 osób, 270 przypadków przypada na Nadrenię Północną-Westfalię. Berlin obawia się, że firmy z sąsiedniego kraju zaczną na dużą skalę skupować odzież ochronną u niemieckich producentów.

Niemcy źle przygotowani na koronawirusa

Tymczasem niemieccy lekarze narzekają, że nie mają, jak się zabezpieczać przed zakażeniem koronawirusem.

Kraj obiegły apele medyków z Bawarii, którzy okulary ochronne kupują w składach budowlanych albo przyjmują pacjentów w okularkach pływackich. Podobne problemy mają lekarze w powiecie Heinsberg przy granicy z Holandią, gdzie na imprezie karnawałowej koronawirusem zaraziło się kilkadziesiąt osób, w tym Polak, który obecnie znajduje się w szpitalu w Zielonej Górze. Setki mieszkańców objęto kwarantanną.

By nie dopuścić do wytransferowania niemieckich zapasów za granicę, Berlin wprowadził embargo. Z kraju nie wolno wywozić maseczek, odzieży ochronnej, okularów i rękawic. Rząd federalny wziął też na siebie kwestię odpowiedniego zaopatrzenia szpitali.

- Musimy pilnie zabezpieczyć środki ochronne dla personelu medycznego - twierdzą przedstawiciele sztabu kryzysowego powołanego przy federalnym ministerstwie zdrowia. Na zakup wyposażenia rząd przeznaczy 250 mln euro.

Pytanie, czy embargo ma sens. Zapasy odzieży ochronnej są bowiem na wyczerpaniu.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.