Zdaniem wielu jeszcze długo Chiny będą niezastąpione w roli fabryki świata, ale dywersyfikacja nie zaszkodzi. Na razie wszyscy liczą straty spowodowane przez koronawirusa, a są one ogromne.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Producent iPhone'ów Apple’a i lider światowej elektroniki Foxconn właśnie ogłosił, że jego pracujące na pół gwizdka fabryki straciły 50 proc. mocy produkcyjnej. Tajwański gigant zatrudnia w swoich chińskich zakładach milion robotników. Pierwszy kwartał roku jeszcze trwa, więc za wcześnie, by podsumować straty, ale Foxconn nie ma złudzeń: będzie to jego najgorszy okres, odkąd w 1988 r. otworzył pierwszą fabrykę pod Shenzhen.

Winien jest wirus SARS-CoV-2, który pojawił się w Chinach w grudniu. Od tego czasu zakaziło się nim w Państwie Środka ponad 80 tys. osób, spowodował ponad 3 tys. ofiar śmiertelnych. Obecnie występuje w 70 krajach.

Paraliż fabryki świata

Epidemia trwa, więc nie sposób jeszcze ocenić, ile będzie kosztować gospodarkę. Jednak paraliż fabryki świata, z której pochodzą komponenty dla elektroniki, motoryzacji i wielu innych branż, już teraz zakłóca globalne łańcuchy dostawcze.

W ubiegłym miesiącu koncern Apple przyznał, że światowe dostawy jego markowych iPhone'ów „zostaną chwilowo zakłócone”.

Największa fabryka Foxconna mieści się w Zhengzhou, w centralnej prowincji Henan, i zwana bywa „Miastem iPhone’a”. Zatrudnia ćwierć miliona robotników, którzy montują 60 proc. produkcji Foxconna. Jeśli iPphone'y mają na czas docierać na sklepowe półki w Europie, Zhengzhou musi działać pełną parą.

Tymczasem anglojęzyczny „The Global Times” ujawnił we wtorek, że do pracy nie stawia się 50 tys. robotników, jedna piąta załogi. Wyjechali na początku stycznia do swoich rodzin na obchody Chińskiego Nowego Roku i dotąd nie wrócili. By skłonić ich do powrotu, każdemu obiecano po 3 tys. juanów (ok. 1664 zł) premii. Foxconn poszukuje też nowych robotników, oferując im po tysiąc dolarów.

Trudno mu jednak będzie skompletować załogę. 300-milionowa armia chińskich pracowników utknęła w drodze powrotnej z wyjazdu w rodzinne strony. Nie ze swojej winy, tylko dlatego, że lokalne rządy, które walczą z epidemią, nie wpuszczają przyjezdnych. W najgorszej sytuacji są ci pochodzący z prowincji Hubei i jej stolicy, Wuhanu, kolebki wirusa, traktowani w innych regionach niczym trędowaci.

Za bardzo zdaliśmy się na jeden kraj

Foxconn jest jednak skazany na Chiny, bo nigdzie nie znajdzie tak licznej i, mimo wszystko, taniej siły roboczej. Inni inwestorzy rozważają strategie wyjściowe - pisze ukazujący się w Hongkongu anglojęzyczny dziennik „South China Morning Post”. O tym, by wyjechać z Chin, pomyśleli już wcześniej, podczas wojny celnej z USA. Koronawirus umocnił niektórych w tej decyzji. „A nie mówiliśmy?” - powtarzają teraz.

- Koronawirus potwierdził, że za bardzo zdaliśmy się na jeden kraj - mówi hongkońskiej gazecie proszący o anonimowość dyrektor jednej z wynoszących się korporacji.

- W moim pojęciu wirus osłabił wiarę, że być w Chinach, to mus - mówi Ken Jarrett, były amerykański dyplomata, a dziś konsultant inwestycyjny.

Cieszą się marki, które już wcześniej dokonały dywersyfikacji, przenosząc się do Wietnamu czy Bangladeszu. Te, które tego nie zrobiły, plują sobie w brodę i przypominają przysłowie mówiące, by nie „trzymać wszystkich jajek w jednym koszyku”.

Jednak inne, po rozważeniu za i przeciw, doszły do wniosku, że Chiny - z ich ogromnym rynkiem wewnętrznym i największą, pracowitą i dobrze wykwalifikowaną armią świata pracy oraz logistyką globalnej klasy - są nie do zastąpienia.

Nie wyjedzie MGA Entertainment, amerykański producent zabawek. Tu powstaje 85 proc. jego produkcji i tu wytwarzany jest jego najbardziej popularny produkt, seria LOL dolls.

- Jesteśmy bardzo uzależnieni od Chin - stwierdził prezes Isaac Larian.

W jego rodzimym Ohio koszt pracy jest za wysoki, Wietnam czy Indie są co prawda tanie, ale pozbawione nowoczesnej infrastruktury i wykwalifikowanej siły roboczej.

- Nie ma sposobu, byśmy opuścili Chiny w ciągu następnych dziesięciu lat - mówi Larian.

Martwi go jednak perspektywa nieterminowych dostaw bożonarodzeniowych.

Koronawirus każe pakować walizki

Inni już pakują walizki. Teraz, gdy dobre czasy minęły, Microsoft i Google przenoszą się do innych krajów Azji, m.in. do Wietnamu i Tajlandii. Jakąś opcją jest też Europa Środkowa.

Jednak w przypadku wielu producentów wirus tylko przyspieszył ewolucję, która zaczęła się lata temu. Lever Style, producent eleganckiej odzieży z Hongkongu, już jakiś czas temu przeniósł część produkcji do Wietnamu. Dzisiaj to jego baza numer 1, Chiny są na drugim miejscu.

Czy Chiny, które wznowiły już produkcję i próbują nadrobić straty, będą się tylko przyglądać ucieczce inwestorów? Raczej, jak w przeszłości, rządy lokalne będą próbowały ich zatrzymać, proponując pomoc.

Jeśli jednak „made in China” nie wróci w całości na półki, a konsumenci oraz akcjonariusze zaczną zadawać pytania; firmy znajdą się pod presją, by przenieść produkcję do innego kraju.

A to może być z kolei początek końca chińskiej fabryki świata.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Czytaj teraz

Przydatne linki

Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
Ludzie, kupujta mąkę, sól, zapałki i iPhone'y bo zabraknie...