Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Całe lotnisko jest obstawione dozownikami z płynem dezynfekującym i tabliczkami odradzającymi dotykanie ust, nosa i oczu. Gdyby ktoś właśnie przyleciał z Księżyca i nie miał pojęcia, że znalazł się w kraju na froncie z epidemią, zorientuje się, gdy zaopatrzony w maski i rękawiczki personel zbliży mu do czoła bezdotykowy termometr i podsunie formularz, w którym należy opisać aktualne samopoczucie i przebieg swoich podróży w ostatnich tygodniach. A na tablicy przylotów zobaczy długi rząd czerwonych napisów “odwołane”.   

Skąd wziął się ten wirus

Pierwszego dnia w Tajpej zmierzono mi temperaturę 20 razy, przy wejściach do różnych budynków użytku publicznego. W takich okolicznościach każde kaszlnięcie każe się zastanowić - i między innymi o to chodzi. W lutym Tajwańczyk, który zataił ból mięśni po powrocie z Chin, a do szpitala zgłosił się po kilku dniach, dostał wysoką grzywnę.

Koronawirus to tutaj temat nr 1 z wielu powodów. Dlatego, że prognozowany spadek PKB kraju z jego powodu to obecnie już -0,3 proc. (oficjalnie, a więc naprawdę będzie jeszcze gorzej, choć od lat tajwański przemysł - właśnie żeby nie być zależnym od kryzysów w Chinach - lokuje swoje fabryki także w całej Azji Południowo-Wschodniej). I dlatego, że koronawirus wciąż stanowi zagadkę dla naukowców. Np. epidemiolog z National Taiwan University, prof. Fang Chi-tai, twierdzi, że ma on na tyle nietypową strukturę, iż mógł powstać w laboratorium. A ściślej: w Wuhan Institute of Virology, gdzie prowadzono badania m.in. nad SARS czy ebolą. Naukowiec uważa za bardzo prawdopodobne, że do badanego wirusa pobranego od nietoperza dodano cztery aminokwasy, które ułatwiły jego transmisję. 

40 zakażeń, jedna ofiara

- Maski to tutaj stały widok na ulicach, są używane masowo bez względu na epidemię. Ludzie zakładają je, nawet jeśli nie są przekonani o ich skuteczności, bo od czasu SARS [17 lat temu na Tajwanie zmarło z powodu tego wirusa 180 osób] traktują to jako lojalność wobec reszty, rodzaj obywatelskiego obowiązku - tłumaczy James Chang z departamentu informacji MSZ. 

Rząd awaryjnie ustalił cenę masek, żeby zlikwidować czarny rynek, ale firmy nie nadążają z podażą, więc przed aptekami ustawiają się kolejki. Przysługują dwie maski tygodniowo na osobę, w zależności od numeru karty ubezpieczenia zdrowotnego (taki dokument z chipem ma każdy) można się o nie starać co drugi dzień - w dni parzyste lub nie. 

Tajwan dysponuje też zaawansowaną branżą biomedyczną, więc może już wykonywać ponad 2500 testów na obecność wirusa dziennie; podejrzani o zarażenie, ale z wynikiem negatywnym, są badani powtórnie po 24 godzinach.

Zanim koronawirus stał się problemem wykraczającym poza chińskie miasto Wuhan, na Tajwan przylatywało dziennie 12 tys. pasażerów z Chin kontynentalnych, w tym z prowincji Hubei (teraz, po radykalnym ograniczeniu połączeń - utrzymano je z czterema lotniskami, w tym w Pekinie - przylatuje mniej niż 500). Mimo to na 24-milionowym Tajwanie zanotowano jak dotąd tylko 41 zakażeń, jest tylko jedna ofiara śmiertelna. 

Tajwan wykluczany przez Chiny

Stanley Kao, przedstawiciel Tajpej w USA, tłumaczy w “Foreign Policy”, na czym w praktyce polega różnica między tajwańską Republiką Chińską a Chińską Republiką Ludową. Po pierwsze, lekcja z SARS została odrobiona i Tajwan zaczął przygotowania już pod koniec grudnia, a w styczniu powołał centrum dowodzenia antyepidemiologicznego (CECC), które od tego czasu codziennie organizuje konferencje prasowe, głównie po to, by prostować plotki krążące w mediach społecznościowych. I to właśnie jest po drugie: transparentność i obieg informacji, całkiem odwrotnie niż w ChRL. Wielu polityków i urzędników zamieniło swoje konta w social mediach w kanały informowania o koronawirusie, a gdy pewien programista stworzył mapę online z miejscami, w których dostępne są maski, minister cyfryzacji po prostu dodała do niej rządowe dane. 

Także niezależne portale factcheckingowe przeżywają boom, tym bardziej że - jak twierdzi Johnson Chiang z MSZ - Tajwan jest zalewany fake newsami. - Np. ostatnio ktoś opublikował fałszywy dokument z podpisem i pieczęcią pani prezydent, z którego wynika, że rząd zawyża liczbę wolnych łóżek na oddziałach zakaźnych - mówi Chiang, który wprawdzie pracuje w departamencie europejskim, ale także zajmuje się koronawirusem, ponieważ to do niego zaczęli wydzwaniać z Europy, gdy zanotowano tam pierwsze przypadki. Kto stoi za takimi fejkami? Chiang: - Podejrzewamy Chiny. 

Pytam o skasowanie połączeń lotniczych z Tajwanem przez Włochy, Wietnam i Filipiny. - Po naszej interwencji Hanoi i Manila wycofały się z zakazu. Włochy nie - ale teraz i tak to raczej do nich kasuje się loty. Zakazy były wynikiem raportu WHO (Światowa Organizacja Zdrowia). 

I tu zaczyna się zasadniczy problem Tajwanu: systematyczne wysiłki Chin, by ograniczać członkostwo tego de facto niezależnego kraju - ale uważanego w Pekinie za zbuntowaną prowincję ChRL - w instytucjach międzynarodowych. Od 2016 r. nie jest zapraszany nawet do konsultacji ani spotkań roboczych WHO. 

Johnson Chiang pokazuje mi raport WHO z 29 lutego: na liście państw dotkniętych epidemią nie ma Tajwanu, jest za to “Tajpej z przyległościami” na liście chińskich prowincji. - Wiele stolic uznało to za przesadę w sytuacji, gdy światu grozi pandemia, a Tajwan ma technologię i doświadczenie, które mogą pomóc. Razem z Amerykanami prowadziliśmy np. badania nad gorączką dengue czy wirusem Zika - mówi Chiang. - Na razie w efekcie nacisków WHO zgodziła się, żeby Tajwan uzyskał status obserwatora.

Przejrzystość robi różnicę

Według piszącego w waszyngtońskim magazynie “The Diplomat” analityka Victora Pu istnieją lepsze sposoby na opanowywanie epidemii niż “kwarantanna informacji” stosowana przez Pekin. Jego zdaniem paradoksalnie zaawansowane technologie inwigilowania obywateli, rozpoznawania twarzy i gromadzenia precyzyjnie spersonalizowanych danych nie są skuteczne, jeśli władza nie używa ich do informowania opinii publicznej, tylko w pierwszej kolejności do utrzymywania stabilności reżimu. 

Ten system sprawdza się w przypadku społecznych protestów lub katastrof naturalnych (jak po trzęsieniu ziemi w Syczuanie w 2008 r., kiedy szybko zmobilizowano wszelkie służby do skutecznej akcji ratunkowej), ale nie działa wobec rozłożonego w czasie i nieprzewidywalnego ataku zakaźnej choroby, zwłaszcza gdy kolejne szczeble biurokracji boją się reperkusji ze strony centrali, a ta - wybuchu społecznego niezadowolenia. Po prostu blokada informacji bądź rozpowszechnianie półprawd lub kłamstw uniemożliwia prawidłową reakcję ludzi. 

To dlatego zdaniem Pu Tajwan utrzymuje epidemię w ryzach - bo w czasie rzeczywistym wymienia informacje o lokalizacji zarażonych i ich tzw. TOCC (dane o ich podróżach, zajęciu, kontaktach i otoczeniu społecznym) ze szpitalami, samorządami, służbami i centrum kryzysowym. A wszystkie dane ogłasza publicznie.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.