Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Prezydent Białorusi zapowiada, że w piątek 7 lutego spotka się z Władimirem Putinem, by wyjaśnić kluczowe sporne problemy, jakie piętrzą się między ich krajami. Szykuje się do negocjacji uzbrojony w nowe argumenty, na tyle mocne, że jak uważa, z przywódcą  Rosji może rozmawiać jak równy z równym.

Moskwa nalega na Państwo Związkowe

Moskwa od miesięcy wpędza go w sytuację, wydawać by się mogło, bez wyjścia. Brutalnie zmusza do „głębokiej integracji”, czyli realizacji tego, do czego sam się zobowiązał ponad 20 lat temu, podpisując porozumienie o powołaniu do życia wciąż istniejącego tylko na papierze Państwa Związkowego Białorusi i Rosji.

W istocie rzeczy Rosjanom - czego zresztą specjalnie nie skrywają - chodzi o podporządkowanie sobie sąsiedniego kraju, odebranie mu suwerenności. Władimir Żyrinowski wprost wezwał Łukaszenkę, by stał się „białoruskim Chmielnickim” i - tak jak kiedyś hetman Ukrainę - oddał swój kraj pod rosyjskie berło.

Prezydent Białorusi lawiruje, wykręca się, jak może, w ostatniej chwili odwołuje zapowiedziane wcześniej uroczyste podpisanie map drogowych określających program „głębokiej integracji".

Pistolet dystrybutora naftowego przy skroni

Rosjanie reagują po swojemu, to znaczy przystawiając partnerowi „pistolet dystrybutora” naftowego do skroni. Konsekwentnie odbierają Białorusi ulgowe ceny na ropę, dzięki którym Mińsk zarabiał miliardy dolarów, reeksportując po cenach światowych na Zachód i na Ukrainę to, co dostawał ze Wschodu taniej.

W tym roku Rosja w ogóle nie zawarła porozumienia z Białorusią na dostawy ropy. Jak w czwartek ogłosił Łukaszenka, jego kraj otrzymał od wschodniego sąsiada w styczniu tylko 500 tys. ton ropy, zamiast - jak zakładano wcześniej - 2 mln. Przy tym cena narzucona przez rosyjskie spółki jest wyższa od aktualnie obowiązującej na światowych rynkach.

Zdaniem ekonomisty Siergieja Aleksaszenki Rosjanie „podduszają" partnerów, wydzielając Białorusi tylko tyle surowca, ile zużywa ona na swoje potrzeby. Tym samym pozbawiają ją możliwości zarabiania na eksporcie paliw wytwarzanych przez białoruskie rafinerie.

Rząd w Mińsku potrzebuje jednak nie tyle samej ropy czy gazu, co materialnego  wsparcia. Według ekonomisty Władysława Inoziemcowa podtrzymywanie gospodarki sąsiada w czasach Łukaszenki kosztowało Rosję ponad 130 mld dolarów. Kreml dawał pieniądze pod obietnice przyszłej zgody na „integrację”.

Teraz Moskwa zamierza wyegzekwować wypełnienie dawnych zobowiązań.

Łukaszenka z poparciem Amerykanów i Litwinów

Ale Łukaszenka jedzie na rozmowy z nowymi, mocnymi atutami.

W ubiegłym tygodniu po raz pierwszy był u niego sekretarz stanu USA Mike Pompeo (poprzednia wizyta szefa amerykańskiej dyplomacji miała miejsce w 1994 r., kiedy głową państwa był jeszcze Stanisłau Szuszkiewicz) i wyraził swoje całkowite poparcie dla zachowania suwerenności Białorusi. Zapewnił, że w konfrontacji z Moskwą Mińsk może liczyć na wsparcie Waszyngtonu. Obiecał też, że Stany Zjednoczone gotowe są dostarczyć Białorusi 100 proc. potrzebnej jej ropy.

Wydaje się, że Amerykanie podchodzą do sprawy poważnie. Do Białorusi - i to na życzenie Waszyngtonu - wyciągnęła także rękę Litwa. We wtorek odwiedził Mińsk szef MSZ Linas Antanas Linkeviczius. Dyplomata przyznał, że do przyjazdu zachęcił go w rozmowie telefonicznej zastępca Pompeo.

Litwin zadeklarował, że celem wizyty jest polepszenie relacji jego kraju z Białorusią. Obiecał, że Litwa pomoże sąsiadom w zdobywaniu ropy "nie z Rosji". Jest gotowa zaopatrywać też ich w gaz „nierosyjski", czyli ten, który tankowcami jest sprowadzany do jej portów.

Lud wcale nie chce integracji

Innym mocnym argumentem dla Łukaszenki są wyniki sondaży w jego kraju i u sąsiadów. Okazuje się, że i na Białorusi, i w Rosji maleje liczba zwolenników „głębokiej integracji” obu krajów. Za tym, by połączyły się w jedno państwo, jest dziś 12,8 proc. Białorusinów (za staniem się częścią Rosji - 3,7 proc.) i 13 proc. Rosjan (co dziesiąty chce wchłonięcia Białorusi).

Na Kremlu rozpatrują wariant radykalnego rozwiązania problemu upartego i przebiegłego Bat’ki. W środę mówił o tym w niezwykle agresywnym wywiadzie dla wielkonakładowego „Moskiewskiego Komsomolca" politolog Andrej Suzdalcew, ekspert Rady Federacji (senat) ds. WNP. Zapewnił, że los Łukaszenki jest przesądzony.

– Nie jest tajemnicą, że przywódcą Białorusi powinien być człowiek zdolny najbardziej efektywnie rozwiązywać problemy z Rosją - podkreślił, dodając, że nie można myśleć, iż „wśród Białorusinów nie ma człowieka, który mógłby zmienić Łukaszenkę".

Nazwiska tego, kogo w Moskwie widzą jako jego następcę, Suzdalcew podać nie chciał. Tłumaczył, że to „część polityki zamknięta przed opinią publiczną".

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.