Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Na ten właśnie dzień – w 20. rocznicę powstania wciąż wirtualnego, choć bardzo kosztownego dla Moskwy Związku Państwowego Białorusi i Rosji – zapowiedziano uroczystość podpisania 31 dokumentów regulujących na nowo status tego politycznego tworu.

Łukaszenka śladem hetmana

Do tej pory, jak jeszcze dwa tygodnie temu zapewniał premier białoruski Sierhiej Rumas, uzgodniono już „21 z 31 map drogowych” integracji. Na jak najszybsze przyjęcie następnych naciska Moskwa, po swojemu dopingując ociągającego się partnera choćby zapowiedziami kolejnych podwyżek cen gazu.

A Władimir Żyrinowski często wyrażający to, co Kreml ma na myśli, ale czego nie wypada mu powiedzieć wprost, demaskuje taktykę prezydenta sąsiedniego kraju: "Łukaszence z każdym rokiem jest coraz trudniej kierować Białorusią. Jest już najstarszym stażem przywódcą w Europie – prawie 25 lat u władzy. Jego nie przyjmują i w Europie, a i na wschodzie nie wszystko mu się udaje - on by chciał, by rynek rosyjski był dla Białorusi jak swój własny, ale przy tym Mińsk będzie prowadzić swoją niezależną politykę zagraniczną”.

Polityk rosyjski w imieniu nie tylko własnym apeluje więc do Bat’ki, by ten „stał się w końcu współczesnym Bohdanem Chmielnickim i połączył wreszcie Ruś i Białoruś".

Historyczny moment

To, czy przywódca białoruski skapituluje i zdecyduje się pójść śladem hetmana, który 365 lat temu podpisując ugodę perejesławską oddał Ukrainę lewobrzeżną carom moskiewskim, okazać się powinno we czwartek.

W sobotę Hienadź Dawydźka, przewodniczący prezydenckiego ruchu Biała Ruś, poseł ogłosił, że na 5 grudnia Łukaszenka wyznaczył wspólne posiedzenie deputowanych do Izby Reprezentantów poprzedniej i rozpoczynającej się (po wyborach 17 listopada) kadencji.

Przed członkami niższej izby parlamentu prezydent ma wygłosić ważne, „historyczne" przemówienie. Spodziewać się należy, że ogłosi, czy trzy dni później, jak oczekują na Kremlu, zjawi się w Moskwie i złoży podpisy pod historycznymi dokumentami, czy też odmówi i wywoła kolejny skandal w relacjach ze wschodnim partnerem.

Rosjanie wciąż nie są pewni, że wszystko pójdzie po ich myśli. Grigorij Rapota, sekretarz Stanu Państwa Związkowego Rosji i Białorusi w wywiadzie dla agencji Bielta uprzedza, że zapowiadane na 8 grudnia posiedzenie, Najwyższej Rady Państwa Związkowego Białorusi i Rosji, na którym mają być podpisane „mapy drogowe”, może być przesunięte na inny termin. Być może więc, jak twierdzi choćby „Niezawisimaja Gazeta”, Rosjanom, by ostatecznie złamać Bat’kę, przyjdzie kolejny raz sięgnąć po swoją tradycyjną broń i doprowadzić do jego spotkania z Putinem, który przekona partnera, że jedynym wyjściem jest dla niego „szlak Chmielnickiego”. Pewne jest jednak, że gospodarz Kremla nie ustąpi.

Rosyjskie groźby

Ludzie Kremla z premierem Dmitrijem Miedwiediewem na czele już od roku twardo upominają związkową małżonkę, że ma zacząć się wywiązywać z „integracyjnych” obowiązków i skończył się czas, przez który za słodkie obietnice zjednoczeniowe doiła partnera. Oblicza się, że przez czas istnienia Państwa Związkowego podtrzymanie gospodarki białoruskiej kosztowało Moskwę ok. 100 mld dol.

Za ostrymi słowami idą też czyny – „wojny” mleczne czy mięsne, a więc ograniczenia na sprowadzanie produktów z Białorusi do Rosji.

Ciosem nokautującym związkowego partnera, jak spodziewają się w Moskwie, powinien być „manewr podatkowy”. Rosja stopniowo likwiduje cła wywozowe na eksport ropy i jej pochodnych. Z dzisiejszych 30 proc. mają one przez sześć lat stopniowo stopnieć do zera. Zastąpi je płacony przez firmy naftowe podatek od surowców mineralnych.

Na „manewrze” Białoruś tracić będzie około miliarda dolarów rocznie. Do tej pory kraj otrzymywał bowiem ropę bez opłat celnych, a po zmianie będzie kupował surowiec obłożony nowym podatkiem. Białorusini zarabiają też, sprzedając ropę z Rosji i uzyskane z niej paliwa Zachodowi oraz Ukrainie. Mińsk pobiera bowiem od klientów cła wywozowe sprezentowane mu przez Moskwę pod gwarancje „integracji” .

Sąsiadce wykręcającej się od jednoczenia, czyli rezygnacji z suwerenności, partner grozi kolejnymi restrykcjami i podwyżkami cen gazu. Łukaszenka może unosić się i grzmieć, że „na chriena (nieco ostrzej niż „na cholerę”) nam taki sojusz”, w którym jego kraj jest stawiany w sytuacji przymusowej, ale Rosja rzeczywiście przystawiła mu pistolet od dystrybutora do skroni i pokazuje, że nie zawaha się go użyć.

Przesmyk Suwalski w krzyżowym ogniu

To, co Łukaszenka i Putin mają podpisać w niedzielę, nam nic dobrego nie zapowiada. Jeśli Związek Państwowy zacznie budować wspólny system finansowy, podatkowy i celny, to gospodarka Polski poniesie poważne straty. Białoruś przestanie być kanałem, przez który zakazane przez Putina polskie produkty wbrew sankcjom wciąż wartko płyną do Rosji.

Trudno powiedzieć, jaka jest skala tego procederu. Można tylko przypomnieć, że rok po wprowadzeniu przez Putina sankcji na żywność z Zachodu eksport jabłek i gruszek białoruskich do Rosji urósł dwukrotnie. Jak obliczono w Moskwie, Białoruś sprzedała Rosji więcej swoich owoców, niż sama wyprodukowała.

Integracji gospodarczej będzie towarzyszyć polityczna i militarna. Granica białorusko-polska stanie się zachodnią granicą Zachodniego Okręgu Wojskowego. Od Warszawy oddalona będzie o nieco ponad 200 km (ten dystans czołg T-90 łatwo pokonuje w cztery godziny).

Łukaszenka przez lata bronił się przed instalowaniem rosyjskich baz wojskowych na swoim terytorium – nie zgodził się choćby na ulokowanie w Bobrujsku 289. Pułku Myśliwskiego (jednostka trafiła pod Kaliningrad).

Integracja sprawi, że Rosjanie od południowego wschodu będą mogli podejść do 66-km przesmyku suwalskiego. W przypadku ewentualnego konfliktu będą więc mogli krzyżowym ogniem artylerii zaryglować jedyne przejście lądowe, którym jednostki NATO mogłyby iść na pomoc państwom bałtyckim.

Dlaczego Moskwa przyspiesza

Dzisiejszy pośpiech i naciski ze strony Rosji są powtórką historii sprzed 20 lat. Kiedy w 1999 r. decydowały się losy sukcesji po Borysie Jelcynie i Kreml gromadził kapitał polityczny niezbędny do wylansowania Putina, Rosjanie też sięgnęli po hasło „jednoczenia ziem ruskich”.

8 grudnia 1999 r., 11 dni przed wyborami do Dumy, w których – jak liczono w kręgu Jelcyna – sukces miała odnieść naprędce sklecona putinowska partia Jedność, uroczyście podpisano układ o stworzeniu Związkowego Państwa Rosji i Białorusi. Nowy twór ma od tego czasu swój rząd, parlament i inne struktury biurokratyczne. Funkcjonuje jednak tylko na papierze – zgodnie z sondażami 52 proc. Rosjan nie ma dziś pojęcia, że ich kraj od 20 lat jest w związku z sąsiadką.

20 lat temu Kremlowi wystarczył krzepiący serca obraz zmartwychwstającego imperium. Do organizowania porządków w nowym „państwie” nikt nie miał głowy. Sam Putin wrócił do sprawy dopiero cztery lata później. I był to jego falstart. Stwierdził wtedy, że sześć regionów, na które podzielona jest Białoruś, powinno wejść w skład Federacji Rosyjskiej. Wyprowadziło to z równowagi Łukaszenkę, który grzmiał, że „nawet Hitlerowi nie przyszedł do głowy rozbiór Białorusi”.

Dziś Rosja znów mierzy się z problemem sukcesji. Ostatnia dozwolona ustawą zasadniczą kadencja Putina kończy się w 2024 r. Tracąca popularność partia władzy zaczęła się więc już szykować do zapowiedzianych na 2021 r. wyborów parlamentarnych. Ma w nich zdobyć większość konstytucyjną, by móc zmienić konstytucję pod Putina lub wylansować dziedzica. Potrzebny jest więc znowu kapitał polityczny. Powiększenie (już realne) Rosji o 207 tys. km kw. (ok. 1,1 proc. powierzchni Federacji) i 9,5 mln ludzi (ok. 7 proc.) byłoby bardzo efektownym sukcesem.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.