Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

„Wybrana” w niedzielę 110-osobowa Izba Reprezentantów tym się różni od poprzedniej, że nie znalazł się w niej ani jeden przedstawiciel opozycji. W poprzedniej były dwie rodzynki - Alena Anisim i Hanna Kanapacka.

Obie reprezentantki Zjednoczonej Partii Obywatelskiej tym razem w ogóle nie zostały dopuszczone do udziału w wyborach. Innych kandydatów wystawianych przez opozycję komisje wyborcze pod najróżniejszymi pretekstami odstrzeliwały na dalekich przedpolach.

Wybory na Białorusi zmieniły się w farsę

- W tych wyborach w pełni złamano wszelkie demokratyczne zobowiązania - oceniła, występując na konferencji prasowej w Mińsku, specjalna koordynatorka OBWE Margareta Sederfelt. Jej zdaniem władze, daleko odchodząc od „ważnych demokratycznych standardów", „zlekceważyły podstawowe wolności samowyrażania się narodu, nie zagwarantowały przejrzystości liczenia głosów".

– Byliśmy świadkami smutnego wydarzenia, rezultaty są przygnębiające. Wybory zmieniły się w formalność - przyznała wysłanniczka OBWE.

Wybory na BiałorusiWybory na Białorusi Fot. Sergei Grits / AP Photo

Zachwyt nad niedzielnym „świętem demokracji” zgodnie z wieloletnim rytuałem wyrazili natomiast obserwatorzy przysłani na Białoruś ze Wschodu. Podobało im się choćby to, że w lokalach wyborczych było czysto.

„Rossijskaja Gazieta” w artykule „Spokojnie, bez naruszeń” cytuje wypowiedź członka obserwacyjnej misji Wspólnoty Niepodległych Państw Władimira Kruglickiego, któremu bardzo podobała się „świąteczna atmosfera w 15 lokalach, które odwiedził”.

– Przypadków agitacji nie było, w lokalach stworzono wszelkie warunki do głosowania. Żadnych przypadków naruszenia zasad wyborczych nie zauważyliśmy - powtarza słowa Rosjanina rządowy dziennik.

Zdaniem opozycji i niezależnych mediów było ich tak wiele, że niedzielne wybory i poprzedzająca je kampania przerodziły się w farsę.

Co irytuje Łukaszenkę

Białoruscy dziennikarze zaraz po ogłoszeniu listy kandydatów na posłów publikowali spisy parlamentarzystów, którzy, jak obstawiali, już „dostali się" do Izby Reprezentantów. Po wyborach okazało się, że wielu trafiło niemal w dziesiątkę, myląc się przy tylko dwóch-trzech nazwiskach.

Ponad jedna trzecia uprawnionych do głosowania miała oddać swój głos jeszcze przed niedzielą. A jak wiadomo, głosami oddanymi przedterminowo manipulować jest najłatwiej. Wątpliwości budzi też frekwencja, która według Centralnej Komisji Wyborczej wyniosła 77,22 proc. Zdaniem opozycji została ona przez władze „narysowana”.

Sam Łukaszenka nie krył się tym razem z poglądem na to, jak powinny wyglądać wybory przeprowadzone „spokojnie i bez naruszeń”. Przed głosowaniem w lokalu w centrum Mińska opowiadał dziennikarzom o tym, co go zirytowało.

Otóż w czasie przedterminowego głosowania w Mińsku Jurij Woszczenczuk, obserwator akredytowany przez organizację Prawo Wyboru, wystraszył członkinię komisji wyborczej Anastasiję Kuliczkową, filmując ją, kiedy podchodziła do urny z naręczem kart do głosowania. Kobieta uciekła.

Woszczenczuk został natychmiast pozbawiony akredytacji. A prezydent w niedzielę nad urną obruszył się na niego: "Powiedziałem służbom specjalnym i milicji, żeby twardo reagowały na takie przypadki. Twardo – to znaczy, że jeśli jakiś palant czy przygłup zacznie się rzucać na wyborców, to żeby nauczyli go rozumu, tak, żeby mu się odechciało”. A dalej Łukaszenka mówił jeszcze o urywaniu głów i rąk.

"Na cholerę nam taki sojusz?"

Słowem, na Białorusi w zasadzie nic nowego. Zachód, jak czyni to od 20 już lat, nie uznaje wyników wyborów. Teraz władze, też zgodnie z wieloletnią tradycją, rozprawią się z takimi jak Woszczenczuk.

Ale jak twierdzi białoruski politolog Walerij Karbalewicz, Łukaszenka rozumie, że stać go dziś na ignorowanie krytycznych głosów dochodzących z Europy czy USA.

– „Relacje z Zachodem zostały rozmrożone, UE odwołała sankcje, Stany Zjednoczone je zawiesiły. Kwestie praw człowieka zostały wyrzucone poza margines kontaktów Mińska z Europejczykami i Amerykanami – argumentuje ekspert.

Prezydent Białorusi rozumie, że dziś Zachód pozwoli mu na więcej niż wcześniej, bo wiąże z nim spore nadzieje. I nic dziwnego, że świat w niedzielę za najważniejsze uznał nie same w skandaliczny sposób przeprowadzone wybory, lecz to, co Łukaszenka nad urną mówił o perspektywach „integracji” Białorusi z Rosją.

Jak to jest zapowiadane już od dawna, Łukaszenka 8 grudnia ma podpisać „kartę drogową” zbliżenia swego kraju z sąsiadem. A to w istocie rzeczy, jak liczą w Moskwie, będzie program wchłonięcia Białorusi przez Federację Rosyjską. Zaś Łukaszenka, choć stawiany przez Władimira Putina pod ścianą, kombinuje, jak się od tego wykręcić.

Wybory na BiałorusiWybory na Białorusi Fot. Sergei Grits / AP Photo

I w niedzielę w lokalu wyborczym w Mińsku prezydent pomstował, że na współpracy z Rosją jego kraj traci rocznie „9 mld dol.”.

– Na cholerę nam taki sojusz? – po „chłopsku, po męsku” unosił się przywódca Białorusi, obiecując, że nie podpisze niczego, co ograniczyłoby suwerenność kraju.

Łukaszenka od czasu sięgnięcia po władzę w 1994 r. budował swój autorytet jako „integrator” z Rosją, rekonstruktor ZSRR. Teraz wcale „nieostatni dyktator Europy” okazał się „dyktatorem najbardziej obrotowym” i jest obrońcą suwerenności swego kraju, gwarantem jego niezależności od Moskwy. Zachód to kupuje i przymyka oczy na to, za co przez lata go ganił.

A sam Łukaszenka liczy na to, że będzie samowolnie rządził jeszcze przez kolejne 10 lat (w sumie – 36, a więc dłużej niż nawet Stalin), wystawiając do wiatru to Moskwę, to Brukselę z Waszyngtonem.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.