Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przez most Simóna Bolivara, przerzucony nad rzeką Táchira na granicy Wenezueli i Kolumbii, ciągnie ludzka karawana. W tym miejscu schodzą się ze sobą andyjskie Kordyliery – Merida i Wschodnia – ale przestrzeń jest zdumiewająco płaska, jakby zrównana buldożerem, by dać wędrującym chwilę wytchnienia.

Ulicami niemal milionowego miasta Cúcuta, które wzniesiono w tej tropikalnej niecce, kroczyli niegdyś latynoamerykańscy bohaterowie - Bolivar i Francisco de Paula Santander. Dziś widać na nich uchodźców, handlarzy, przemytników, prostytutki i żebraków.

Wenezuelczycy wyprawiają się tu, by kupić wszystko, czego brakuje w ich kraju: mąkę, ryż, owoce, lekarstwa, mydło, papier toaletowy. Ci, którzy nie zamierzają wracać, taszczą na plecach resztki dobytku. Zwykle niewiele: trochę ubrań, pliki niemal bezwartościowych boliwarów.

ONZ szacuje, że z na pół upadłego kraju rządzonego przez Nicolasa Maduro uciekło już ponad 4 mln osób, czyli prawie 15 proc. populacji. Najwięcej (1,3 mln) właśnie do Kolumbii.

Pierwsze, co widzą po przejściu mostu, to rząd kolorowych stoisk. A na nich: tamales, czyli nadziewane ciasto z mąki kukurydzianej, panela, słodki i kaloryczny przysmak z cukru trzcinowego, tropikalne owoce, świeżo wyciskane soki, sprzedawane na sztuki papierosy, antybiotyki, aspiryna, coca-cola… Kolumbia wygląda jak wielki zaimprowizowany Pewex.

Tłum na granicznym  moście Simona Bolivara łączącym kolumbijską Cucutę i wenezuelskie San Atonio del TachiraTłum na granicznym moście Simona Bolivara łączącym kolumbijską Cucutę i wenezuelskie San Atonio del Tachira LUIS ROBAYO / AFP / EAST NEWS

Wenezuelczycy nie mają dolarów, ale mogą np. sprzedać włosy. Ścina się je z dala od gapiów, lecz przy moście zawsze stoi kilku handlarzy gotowych zaprowadzić do fryzjera. Rząd budynków nad rzeką mieści sklepy jubilerskie, które skupują łańcuszki, bransoletki, obrączki ślubne. Na parkingach pod Cúcutą handluje się samochodami z Wenezueli: są dwa razy tańsze od tych z kolumbijską rejestracją, ale nie można wyjechać nimi ze stanu Norte de Santander. Na zacienionych placach w centrum miasta desperaci oferują kolorowe ptaki, drzewka i statki zrobione z bezwartościowych wenezuelskich banknotów. Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje, że w 2019 r. inflacja w Wenezueli sięgnie 10 mln proc.

Obok osób uciekających przed głodem są uchodźcy polityczni. Aby utrzymać władzę, reżim morduje, zastrasza i wtrąca do więzień. – Kierowana przez reżim grupa paramilitarna przypuściła atak na mój dom. Mój syn został porwany, był więziony przez rok – opowiada Omar Lares, b. burmistrz gminy Campo Elias, który wraz z rodziną zbiegł do Kolumbii.

Wielka ucieczka

Tam nic już nie ma. Brakuje elektryczności. Ludzie gotują posiłki nad podpalonymi gałęziami, bo nie ma gazu – opowiada młody Fernando Cardenas.

Rozmawiamy w schronisku Casa Venezolana, w którym Wenezuelczycy mogą dostać ciepły posiłek. Na dziedzińcu ustawiono tu namiot z drewnianymi ławami, przy których tuziny osób jedzą ryż z fasolą.

Cardenas studiował prawo, ale musiał przerwać naukę półtora roku przed zakończeniem. Nie miał pieniędzy nawet na bilety autobusowe, chodził głodny.

– Z mojego rocznika może trzy-cztery osoby skończyły studia. Inni musieli emigrować i szukać szczęścia gdzieś indziej: w Kolumbii, Peru, Brazylii, USA…

Nie spodziewał się, że bieda dosięgnie i jego rodzinę. Jego matka jest biotechnologiem, miała swoje laboratorium. Siostra pracuje jako fizjoterapeutka w Medellín – właśnie do niej Cardenas chce się dostać.

Dla takich jak on Casa Venezolana to tylko przystanek. Regularnie stołują się tu działający w okolicy tragarze. Most jest tylko dla pieszych, więc spekulanci, sklepikarze i zwykli Wenezuelczycy, których stać jeszcze na zakupy w Cúcucie, podjeżdżają tu taksówkami i wynajmują młodych chłopaków, by przewieźli towary metalowymi wózkami. Kilkaset metrów przed granicą tragarze niemal rzucają im się pod koła i biegną ile sił w nogach, trzymając dłoń na drzwiach „swojej” taksówki, by zaklepać sobie zarobek. Łatwo tu o wypadek.

– Podczas dobrego dnia zarobię 30 tys. pesos [10 dol.]. Podczas złego bywa, że tylko 5 tys. Czasem idę mostem, kiedy indziej trochas [nielegalnymi szlakami w lesie], zależnie od tego, czego chce klient – opowiada 20-letni Eras Doriel, który parę miesięcy temu stracił w wypadku palec prawej ręki. Nie mógł liczyć na szpital, ale dostał przynajmniej antybiotyki od pracowników Czerwonego Krzyża.

Niebezpieczna granica

Z trochas korzystają ci, którzy z różnych powodów wolą ominąć most. Wielu po prostu nie ma dokumentów, inni przemycają narkotyki, benzynę czy złom.

Oficer kolumbijskiej policji, z którym wybieram się do lasu w asyście trzech konnych funkcjonariuszy, po zejściu z mostu odbezpiecza broń. Klucząc ścieżkami wśród cedrów, co pewien czas natykamy się na wenezuelskich wędrowców.

Mój towarzysz zapewnia, że wszyscy są zatrzymywani na końcu drogi, ale widziałem, że to nieprawda: nieopodal mostu ludzie wychodzący z lasu swobodnie mieszają się z przekraczającymi granicę legalnie.

Mijamy tragarzy, kobiety, dzieci, całe rodziny. Każdy musiał zapłacić drobną sumę za przejście tym, którzy kontrolują szlak. Zażartą walkę o te dochody toczą po wenezuelskiej stronie oddziały paramilitarne, gangi narkotykowe, wspierane przez Maduro zbrojne bandy colectivos i kolumbijska marksistowska partyzantka ELN.

– Jest też wenezuelskie wojsko. Czasem widzimy ich po drugiej stronie rzeki – dodaje policjant.

Bezwzględna rywalizacja przelewa się do Cúcuty. W kwietniu i maju miastem wstrząsnęła seria morderstw, za które według lokalnych mediów odpowiada człowiek o pseudonimie „El Paisa” z potężnej organizacji przestępczej Clan del Golfo. Niedawno „El Paisa” zapowiedział w opublikowanym w internecie nagraniu audio opanowanie przygranicznych ziem „krwią i ogniem”.

Na początku czerwca ktoś podrzucił pod budynek Boliwariańskiej Gwardii Narodowej obciętą głowę.

Jak nie pracuję, to nie jem

Wieczorami na ulice Cúcuty wychodzą wenezuelskie kobiety. Ubrane skąpo gotowe są się oddać za 30-50 tys. pesos [10-17 dol.] w tanim motelu. To i tak dwa-trzy razy więcej niż minimalna miesięczna pensja w Wenezueli.

W barach przy parku Mercedes Abrego – nazwanym imieniem kolumbijskiej męczenniczki z czasów walk o niepodległość – czekają na klientów matki, dla których to jedyna szansa, by wykarmić dzieci, i kilkunastoletnie dziewczyny.

24-letnia Jhana jest tu od trzech tygodni. W dawnym życiu była studentką pielęgniarstwa w Maracaibo. Na czwartym roku dała za wygraną, bo z pustym żołądkiem nie można się uczyć. Próbowała pracować jako pomoc domowa, ale hiperinflacja zjadała większość tego, co zarobiła.

– Straciłam dziecko, bo w szpitalu nie było żadnych leków, by je uratować – mówi Jhana.

Nie potrafi opanować płaczu. Opowiada, jak przeprawiła się przez granicę, by wysyłać prawie wszystko, co zarobi, do Maracaibo. Zostawiła tam pod opieką niepełnosprawnego brata, sześcioletnią córkę i dwóch jeszcze młodszych synów. Brat sam ma dwoje dzieci. Jhana próbuje utrzymać wszystkich.

– Czasem nie mam za co kupić im jedzenia. Jak nie pracuję, sama też nie jem. Mieszkam w tanim hotelu, przyprowadzam tam klientów. Myślałam, że Kolumbijczycy będą łagodniejsi – jej głos się łamie.

I dodaje: – Nie jest tak, jak wszyscy myślą: że opuszcza się swój kraj i ma się za granicą wszystko. Tu nawet nie mam swojego miejsca. W Wenezueli miałam rodzinę, dom. Ale obiecałam dzieciom, że będę dla nich silna.

Na ulicach kolumbijskiej Cucuty zdesperowane Wenezuelki gotowe są oddać się za 30-50 tys. pesos [10-17 dol.] w tanim motelu. To trzy razy więcej niż wynosi minimalna miesięczna pensja w Wenezueli.Na ulicach kolumbijskiej Cucuty zdesperowane Wenezuelki gotowe są oddać się za 30-50 tys. pesos [10-17 dol.] w tanim motelu. To trzy razy więcej niż wynosi minimalna miesięczna pensja w Wenezueli. RAUL ARBOLEDA / AFP / EAST NEWS

Przeprawa przez góry

Wiele osób decyduje się na poszukiwanie lepszego życia w dużych miastach w centrum i na zachodzie Kolumbii: Bogocie, Medellín, Cali.

Mieszkańcy równin i miast na karaibskim wybrzeżu często wyprawiają się w tę podróż w samych podkoszulkach. A muszą sforsować Kordylierę Wschodnią. Przyzwyczajeni do tropików, stykają się w nocy z temperaturami, jakich nigdy nie zaznali. Drżąc z wyziębienia, docierają do położonej na wysokości 2,2 tys. metrów Pamplony.

Tam przy wjeździe do miasta czeka na nich Douglas Cabeza.

– Kiedy Wenezuelczycy zaczęli przybywać – to było mniej ponad rok temu – wpuszczałem po kilkanaście osób do mojego magazynu. Miałem wtedy skład przedmiotów do recyklingu, a w centrum zakład szewski – opowiada Kolumbijczyk.

Rozglądam się dookoła: obok nas kilku pomocników Cabezy gotuje ryż w wielkim kotle nad ogniskiem. Przed bramą ustawiła się kolejka głodnych. W urządzonym na zboczu góry obozie mogą skorzystać z prysznica i toalety, przespać się w jednym ze skleconych z desek i grubych płacht namiotów, naładować telefony.

– Wędrujących było więcej i więcej, więc zacząłem powiększać przestrzeń. 40 osób, 50, 80… Uznałem, że muszę porzucić pracę i teraz zajmuję się tym 24 godziny na dobę. Utrzymujemy się z datków. Mieszkam tutaj – Douglas wskazuje niewielki domek-szopę.

Schronisko nie ma etatowych pracowników. W zamian za nocleg Wenezuelczycy sami sprzątają, gotują, konstruują kolejne elementy infrastruktury, leczą i opatrują, zbierają datki. Obecnie może przebywać tu 200 osób.

Douglas otwiera bramę o szóstej rano, a zamyka o 11 wieczorem. Wpuszcza wszystkich potrzebujących, o ile tylko przestrzegają kilku podstawowych reguł. Jesteś pijany, sprzedajesz narkotyki, masz nóż, zachowujesz się agresywnie lub bez szacunku dla innych – nie wejdziesz.

– Warunki są surowe, ale zawsze powtarzam: jeśli nie podoba ci się te pięć gwiazdek, możesz mieć tysiąc – na niebie. Jeden dziennikarz zapytał mnie, jak długo tu będę. Odpowiedziałem mu: dopóki nie wyjedzie ostatnia potrzebująca osoba.

Kolumbijski policjant patroluje granicę z Wenezuelą.Kolumbijski policjant patroluje granicę z Wenezuelą. JUAN BARRETO / AFP / EAST NEWS

Miasto nie wytrzymuje

Podobnych schronisk jest w Pamplonie więcej. Nie wszystkim się to podoba.

– Naszym braciom Wenezuelczykom trzeba pomagać, ale przecież nie w centrum, tylko gdzieś na obrzeżach miasta – mówi Jorge Herrera, szef rady dzielnicy uniwersyteckiej w Pamplonie.

Wylicza problemy, jakie stwarzają obcy: sikanie w bramach, tarasowanie chodników, rozbijanie się na noc pod oknami, niekończące się prośby do sklepikarzy o coś do jedzenia.

Większość mieszkańców dzielnicy zarabia na wynajmie pokoi studentom. Ale odkąd w okolicy powstały dwa schroniska, najemcy zaczęli się wyprowadzać. Kilka dni przed naszą rozmową grupa Wenezuelczyków obrabowała dwóch studentów z telefonów komórkowych.

– Jeśli nie uda się doprowadzić polubownie do przeniesienia schronisk, zamkniemy je z użyciem siły – zapowiada Herrera.

Wenezuelczycy przed nielegalnym przekroczeniem granicy z Kolumbią.Wenezuelczycy przed nielegalnym przekroczeniem granicy z Kolumbią. JUAN BARRETO / AFP / EAST NEWS

Życie na dziko

W tętniącej życiem Bogocie niektórym Wenezuelczykom udaje się stanąć na nogi, bo stołeczny rynek pracy jest chłonny: potrzebuje recepcjonistów w hotelach, kelnerów, zmywaczy, pokojówek.

Inni zasilają szeregi biedoty. Żebrzą, imają się dorywczych prac, myją szyby samochodów stojących na czerwonym świetle. Zdarza się, że jeden człowiek staje na środku jezdni, zmuszając auta do zatrzymania, drugi kiwa kierowcom z drogi podporządkowanej, którzy bezskutecznie próbowali włączyć się do ruchu. Potem obaj biegną za wpuszczonym samochodem, licząc na drobne. Często parają się tym nastolatki.

Władze pozwalają im bezpłatnie uczyć się w szkołach, lecz wielu rodziców nie stać na bilety autobusowe czy przybory szkolne. Według danych UNICEF-u z kwietnia w Kolumbii uczy się tylko 130 tys. z co najmniej 327 tys. wenezuelskich dzieci.

– Chciałabym chodzić do szkoły tak jak w domu, ale jest za daleko. Pół godziny drogi stąd, tuż za górą, jest podstawówka, ale jestem już na nią zbyt zaawansowana w nauce – opowiada w Cúcucie 13-letnia Juliainis.

Nieotynkowane budynki przy piaszczystej drodze sąsiadują tu ze skleconymi byle jak konstrukcjami z drewna i blachy falistej. W tej dzielnicy nie ma też szpitali, urzędów ani parków, bo powstała na dziko. Podobnych miejsc są dziesiątki, głównie na północy miasta. Według dziennika „La Opinion” żyje w nich ponad 50 tys. ludzi.

– Boję się, co będzie, jeśli dzieci poważnie zachorują. Nie mamy żadnego ubezpieczenia, więc zostaną nam domowe sposoby – mówi Tarias Jardelys, matka trzech dziewczynek w wieku od roku do siedmiu lat.

Najstarsza dojeżdża do szkoły w innej części miasta dzięki temu, że mąż Tarias zarabia, wykonując naprawy hydrauliczne. Codziennie musi wysupłać 3200 pesos [ok. 1 dol.] na bilety autobusowe.

Ironia losu polega na tym, że Tarias była w Wenezueli... nauczycielką klas pierwszych. W Kolumbii nie może pracować, bo nie ma odpowiednich dokumentów.

***

Polska Akcja Humanitarna na pomoc

Wenezuelczycy uciekają z niegdyś najbogatszego kraju Ameryki Południowej do Peru, Brazylii, Ekwadoru, Argentyny, Meksyku, ale najwięcej ich przyjęła już Kolumbia. Właśnie tam zaangażowała się PAH.

PAH nawiązała kontakt z lokalnymi organizacjami pomocowymi – służyły temu wyjazdy polskich pracowników w kwietniu i lipcu. Chce dostarczać pomoc zarówno doraźną, np. wysokowartościowe jedzenie dla schroniska Casa Venezolana przy moście, jak i długofalową, np. współfinansowanie edukacji dla dzieci z ubogiej dzielnicy Cúcuty - Barrio el Talento.

– Wsparcie dostarczaliśmy już podczas pierwszych wyjazdów, np. opłacając rachunki lokalnym organizacjom, zapewniając dostawy żywności. Ale najlepsza jest pomoc stała, pozwalająca pewnej grupie ludzi planować przyszłość. Dlatego kontynuujemy zbiórkę – mówi Łukasz Szozda z PAH.

Wesprzyj działania Polskiej Akcji Humanitarnej dla Wenezuelczyków:

przelewem: Alior Bank S.A. 02 2490 0005 0000 4600 8316 8772 (z dopiskiem Wenezuela)
poprzez stronę internetową
dołączając do klubu PAH SOS i wspierając PAH comiesięczną darowizną
organizując zbiórkę pieniędzy

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.