Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– Widujemy się tak często, że chyba mamy się już dosyć – ponuro zażartował białoruski prezydent, witając się w sobotę na Kremlu z rosyjskim kolegą. Było to ich trzecie spotkanie w grudniu. A w Moskwie Łukaszenka był ostatnio we wtorek, kiedy za zamkniętymi drzwiami rozmawiał z Putinem przez cztery i pół godziny. Do czego doszli, nie wiadomo, bo rozeszli się bez ogłaszania wspólnego komunikatu. Nie było też wspólnej konferencji prasowej, co znaczy, że nie doszli do niczego, a raczej się pokłócili.

Putin i Łukaszenka się kłócą

Spierają się, i to ostro, także zaocznie. Białorusin, spotykając się niedawno z dziennikarzami z Rosji, oskarżył Moskwę o to, że dąży do tego, by jego kraj „wyrzekł się suwerenności za beczkę ropy”. Ogłosił też, że już nie uważa Rosji za „państwo przyjazne”, lecz za „partnera", a to słowo w dzisiejszym rosyjskim leksykonie politycznym jest niemal synonimem określenia „przeciwnik".

Natomiast Putin i jego najbliżsi współpracownicy powtarzają, że Mińsk może liczyć na dalsze gospodarcze wsparcie ze strony Moskwy tylko wtedy, kiedy pójdzie na „pogłębienie integracji”, czyli przyspieszy realizację zawartego jeszcze w 1999 r. porozumienia o tworzeniu Związkowego Państwa Białorusi i Rosji (ZBiR), który przewiduje faktyczne połączenie obu krajów.

Łukaszenka, sprytnie wykorzystując udzielaną mu przez Moskwę pomoc gospodarczą, niezależności wyrzec się nie zamierza, zapowiadając, że gotów byłby jej bronić z „automatem w ręku".

Teraz jednak Rosjanie, którzy wyliczają, że na wsparcie sąsiada w ostatnim dwudziestoleciu wydali około 100 mld dolarów, stawiają Łukaszenkę pod ścianą. Sięgają przy tym, jak zazwyczaj w konfliktach z sąsiadami, po swą tradycyjną broń – ropę i gaz.

Rosja co roku sprzedaje Białorusi 18 mln ton ropy naftowej. Przy tym, zgodnie z umowami, nie pobiera cła wywozowego za sprzedawany im surowiec. Tę opłatę pobierają jednak i zostawiają sobie Białorusini, kiedy paliwo z przerobionej u siebie ropy rosyjskiej eksportują do Polski, Niemiec czy na Ukrainę.

To się jednak kończy, bo Rosjanie likwidują cła wywozowe, zastępując je zwiększonym NDPI (podatek na wydobycie surowców), który płacić mają skarbowi państwa rosyjskie spółki naftowe. A więc ropę od sąsiada Białoruś będzie musiała kupować już po cenach światowych. W Mińsku obliczają, że do 2025 roku stracą na tym blisko 11 mld dolarów, czyli około piątej części rocznego PKB. A to spowodowałoby katastrofę gospodarczą. Domagają się „rekompensaty”.

Łukaszenka zażarcie kłóci się z Putinem (niedawno nawet przed kamerami telewizyjnymi) o cenę za gaz. Na grudniowej naradzie w Sankt Petersburgu wypomniał „partnerowi", że każe Białorusi płacić 130 dolarów za 1 tys. m sześc. paliwa, czyli o 60 więcej, niż kosztuje ono w sąsiednim obwodzie smoleńskim, a „w państwie związkowym” powinno „być po równo”. Kiedy Putin ocenił, że Białorusini dostają gaz rosyjski i tak bardzo tanio, bo Niemców kosztuje on 230 dolarów, Łukaszenka zarzucił mu manipulację, bo przecież jeżeli od ceny dla Niemiec odejmie się koszty transportu, to wyjdzie, że płacą one mniej więcej tyle samo.

Przypomnieli Putinowi, co mówił o Krymie

Przedmiotem sporu nie są jednak tak naprawdę surowce. Niedawno odpowiadający za rosyjski kompleks paliwowy wicepremier Dmitrij Kozak w rozmowie ze swym kolegą białoruskim Igorem Laszenką uprzedził wprost, że ropa i gaz, w które Moskwa zaopatruje sąsiada, mogą się stać tańsze, ale się nie staną do czasu „podjęcia zasadniczych decyzji o dążeniu do dalszej integracji Rosji i Białorusi w ramach Państwa Związkowego”.

W sobotę Łukaszenka i Putin znów za zamkniętymi drzwiami rozmawiali przez trzy i pół godziny. I tym razem nie było ani wspólnego komunikatu, ani konferencji prasowej. Oficjalnie wiadomo tylko, że dalej ma pracować białorusko-rosyjska komisja do spraw „integracji” obu krajów.

Według dziennika „Moskowskij Komsomolec” „przygnębiony Łukaszenka się poddał”. "Dał Władimirowi Putinowi do zrozumienia, że gotów jest zająć się tym, co zapisano w układzie o stworzeniu Państwa Związkowego. A on przewiduje unifikację systemu prawnego, gabinetu ministrów i innych organów najwyższych władz, stworzenie wspólnego parlamentu, a także przyjęcie wspólnej symboliki (flaga, herb, hymn) i jednej waluty” – wylicza rosyjski dziennik.

Realizacja tych zapowiedzi oznaczałaby stopniowe przyłączenie Białorusi. Dmitrij Pieskow, rzecznik Putina, w sobotę zapewniał jednak, że Kreml nie ma takich planów. W komentarzach blogerzy przypominają, że szef Pieskowa jeszcze pod koniec 2013 r. zapewniał, iż uważa Krym za część Ukrainy i żadnych pretensji do półwyspu Moskwa nie rości.

Natomiast Julia Łatynina, publicystka radia Echo Moskwy, komentując sobotnie spotkanie prezydentów, zapewniła, że Kreml planuje wcielenie sąsiedniego kraju po to, by stworzyć nowe państwo z nową ustawą zasadniczą, a to umożliwi Putinowi przedłużenie rządów, które zgodnie z dziś obowiązującą konstytucją musi zakończyć w 2024 r.

Po sobotnim spotkaniu na Kremlu Łukaszenka na znak zgody i przymierza z Putinem miał wziąć udział w meczu hokejowym, w którym wystąpił prezydent rosyjski. W końcu jednak się rozmyślił i odleciał do Mińska. Najwidoczniej rzeczywiście ma dość „partnera”.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.