Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Białoruski przywódca zauważył, że w Moskwie ostatnio uparcie wracają do kwestii „pogłębienia integracji” krajów, które formalnie tworzą „związek państwowy Białorusi i Rosji” (ZBiR). Ale to według niego tylko gra pozorów, pod których płaszczykiem Kreml knuje, jak by tu „pożreć” sąsiada. – Powinni powiedzieć wprost: dostaniecie ropę, ale zlikwidujcie swój kraj i wejdźcie w skład Rosji – demaskował rosyjskie imperialne zamysły Łukaszenka.

Moskwa niepokoi Łukaszenkę

Kiedy 6 grudnia prezydent Białorusi posprzeczał się z prezydentem rosyjskim o ceny ropy i taryfy na przesył gazu, usłyszał od Władimira Putina, że mogłoby być taniej, ale do tego „potrzebny byłby inny poziom integracji obu krajów”. Kilka dni później odpowiadający za rosyjski kompleks paliwowy wicepremier Dmitrij Kozak w rozmowie ze swym białoruskim kolegą Igorem Laszenką uprzedził, że ropa i gaz, w które Moskwa zaopatruje sąsiada, nie staną się tańsze do czasu „podjęcia zasadniczych decyzji o dążeniu do dalszej integracji Rosji i Białorusi w ramach Państwa Związkowego”.

O preferencyjnych cenach na surowce pod warunkiem „pogłębienia integracji” mówił już w czwartek premier Dmitrij Miedwiediew. – Rosja gotowa jest nadal iść drogą budowy Państwa Związkowego, w tym tworzenia jednego wspólnego centrum emisyjnego, wspólnej służby celnej, sądownictwa, izby obrachunkowej – nakreślił szef rządu kroki, jakie Mińsk powinien zrobić, by „za baryłkę ropy", jak to określił Łukaszenka, stopniowo wyrzekać się swej suwerenności.

Trzy powody apetytu Putina

Wśród przyczyn rosnącego apetytu Moskwy na Białoruś najważniejsze są trzy.

Po pierwsze rosyjsko-białoruskie współżycie bez ślubu kosztuje Rosjan bardzo drogo, a daje im niewiele. Moskiewscy eksperci wyliczają, że w epoce Putina ich państwo, wspomagając sąsiada przede wszystkim tanimi paliwami, straciło 100 mld dolarów. A to mniej więcej dwa razy tyle, ile Rosja wydała w tym roku na swą armię. Dziś gospodarka kraju Putina pogrążyła się w marazmie, perspektyw poprawy nie ma, pieniędzy coraz bardziej brakuje na potrzeby wewnętrzne.

Po drugie: Rosjanie już ochłonęli po „Krymnaszu”. Patriotyczna gorączka wywołana odebraniem Ukrainie jej półwyspu opadła. A razem z nią niebotyczna popularność Putina. Nastroje społeczne bardzo pogorszył trwający od czterech lat spadek realnych dochodów Rosjan, obniżenie wbrew obietnicom składanym przez prezydenta wieku emerytalnego, brak perspektyw wyjścia z kryzysu i izolacji kraju.

W Moskwie od dawna ostrzegają, że gospodarze Kremla tradycyjnie upatrują sposób na przywrócenie niedawnej popularności w „małej zwycięskiej wojnie” – choćby takiej jak aneksja Krymu czy agresja na Gruzję w 2009 r. Chociaż i samej wojny może nie być. Wystarczyłoby przyłączenie do imperium nowej prowincji. „Mińsknasz” byłby więc jak znalazł.

I po trzecie. W Moskwie mówią o „wariancie białoruskim”, który pomógłby Putinowi pozostać gospodarzem Kremla i po - nie tak już odległym - 2024 roku, kiedy kończy się jego ostatnia zgodnie z obowiązującą konstytucją kadencja prezydencka.

Gdyby udało się ostatecznie „zintegrować” Białoruś, powstałoby nowe państwo, w którym trzeba by uchwalić nową ustawę zasadniczą, która dałaby przywódcy prawo pozostania u władzy na długo.

Łukaszenka ma więc powody, by się obawiać żarłocznego sąsiada.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.