Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Roczny raport dotyczący przestrzegania praw człowieka i swobód obywatelskich zaprezentowany we wtorek przez najbardziej wpływową białoruską organizację „Wiosna” nie pozostawia złudzeń: ponad 600 obywateli pociągnięto w ubiegłym roku do odpowiedzialności za udział w pokojowych zgromadzeniach, a ponad 250 z nich ukarano więzieniem. W stosunku do 40 osób wysunięto politycznie motywowane oskarżenia natury kryminalnej, zaś 35 z nich przetrzymywano w więzieniu śledczym.

Najgłośniejsza była sprawa tzw. białoruskich bojowników oskarżonych przez KGB o utworzenie organizacji paramilitarnej i planowanie zamachu stanu. Ostatecznie wszyscy zostali uwolnieni, a śledztwo wobec nich umorzono z powodu braku dowodów winy.

Osobnym punktem w raporcie są represje wobec dziennikarzy – w 2017 roku 69 pociągnięto do odpowiedzialności administracyjnej za wykonywanie obowiązków służbowych. Najczęściej powodem represji była praca dla zagranicznych mediów, przede wszystkim dla telewizji Biełsat, bez akredytacji białoruskiego MSZ.

„Miniony rok rzeczywiście wypada o wiele gorzej w porównaniu z okresem liberalizacji czy miękkich represji stosowanych od sierpnia 2015 r.” – podsumowuje „Wiosna”.

Dla dziennikarzy areszty i grzywny

Zachodni dyplomaci zaangażowani w dialog z prezydentem Aleksandrem Łukaszenką wielokrotnie podkreślali, że po zwolnieniu z więzienia w 2015 r. Mikoły Statkiewicza, jego konkurenta w wyborach prezydenckich 2010 r. i ostatniego uznawanego przez UE białoruskiego więźnia politycznego, w kraju nastąpiło odprężenie i liberalizacja.

Jednak rok 2017 przyniósł zasadniczą zmianę sytuacji.

– Niemal siedmiokrotnie więcej kar grzywny dla dziennikarzy i 10-krotnie więcej zatrzymań dziennikarzy niż po wyborach prezydenckich w 2010 r. Czy to można nazwać liberalizacją? – oburza się szef Białoruskiego Zrzeszenia dziennikarzy Andrej Bastuniec.

Bezpośrednim powodem przykręcenia śruby stały się demonstracje przeciwko rozporządzeniu Łukaszenki wprowadzającemu tzw. podatek od bezrobocia. Masowe protesty przeciwko dekretowi nr 3 wstrząsnęły Białorusią w lutym i marcu 2017 r.

– Wcześniej fale represji były związane z wyborami prezydenckimi, teraz władza zareagowała brutalnie na protesty. Chcąc za wszelką cenę utrzymać sytuację pod kontrolą, zaczęła wszczynać sprawy karne – powiedział „Wyborczej” Aleś Bialacki, szef „Wiosny”.

Zachód przymyka oko

Podobne sytuacje – kiedy za odwilżą polityczną szła fala represji – miały miejsce na Białorusi już kilkakrotnie. Jednak tym razem rzecz ma się inaczej.

– Nie było należytej reakcji Zachodu na poczynania władz – uważa Bialacki.

Jednak nie tylko Zachód złagodził opinie w kwestii naruszania praw człowieka na Białorusi. Nawet podczas tłumienia demonstracji władze zapewniały, że nie zamierzają rezygnować z dialogu politycznego z Zachodem.

– Jeżeli wcześniej oficjalny Mińsk w odpowiedzi na płynącą z Zachodu krytykę naruszania praw człowieka mówił „To nie wasza sprawa”, teraz deklaruje gotowość dialogu. Co prawda niewiele z tego wynika, ale jednak przekaz jest już inny – mówi „Wyborczej” politolog Walery Karbalewicz z Centrum Analitycznego „Strategia”.

– Białoruś nie poparła Rosji w jej konflikcie z Zachodem, który wybuchł po aneksji Krymu w 2014 r.; ten zapałał więc chęcią wspierania takiej polityki, co z kolei spowodowało bardziej umiarkowaną i ostrożną krytykę białoruskich represji – uważa Karbalewicz.

– Prawa człowieka nie mają się dobrze nie tylko na Białorusi. Na całym świecie coraz bardziej liczą się nie wartości, ale geopolityka. To wszystko sprawia, że naruszenia praw człowieka są traktowane z większą pobłażliwością – uważa Bialacki.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.