Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

„Czterech dziennikarzy Biełsatu stanęło przed sądem”, „Poeta Uładzimir Niekalajeu skazany na 10 dni aresztu za wywiad dla Biełsatu”, „Dwaj dziennikarze Biełsatu ponownie staną przed sądem” – to nagłówki niezależnej prasy białoruskiej z ostatnich tygodni. Takie informacje od dawna nikogo nie dziwią.

Polowanie na Biełsat trwa od 10 miesięcy. Od początku roku współpracownicy stacji 51 razy stawali przed sądami, oskarżano ich o pracę bez akredytacji. Według Alaksieja Mińczonka z Biełsatu łączna kwota zapłaconych przez stację grzywien sięga już ok. 20 tys. dol. W marcu MSW przeprowadziło rewizje w mińskich biurach telewizji i skonfiskowało sprzęt wart ok. 20 tys. euro.

– To prawdziwa wojna – mówią korespondenci stacji.

Bez akredytacji

Sytuacja jest zadziwiająca, gdyż inne media nadające swój program z zagranicy nie mają takich problemów. I to nie zważając na to, że ich dziennikarze również nie mają akredytacji, bo urzędnicy konsekwentnie odmawiają ich wydania.

Dlaczego więc KGB uwzięło się właśnie na Biełsat? Czy stacja wyróżnia się radykalnym i szczególnie krytycznym wobec Łukaszenki przekazem? Nie.

Jeszcze niedawno Mińsk demonstrował gotowość zaakceptowania istnienia Biełsatu. Kiedy w 2015 r. PiS doszedł do władzy, Mińsk uznał, że telewizja tworzona w czasie, gdy premierem był Jarosław Kaczyński, znowu będzie oczkiem w głowie polskiego rządu. Na tle ocieplenia polsko-białoruskich relacji Mińsk zdobył się na niebywały gest, w ubiegłym roku po raz pierwszy przyznano akredytacje dla czterech dziennikarzy i operatorów stacji. Oficjalnie uznano ich za korespondentów TVP (Biełsat jest częścią Telewizji Polskiej). Władze zdawały sobie sprawę z tego, że akredytując korespondentów, częściowo legalizują działalność telewizji. Posunięcie władz dowodziło, że Łukaszenka nie uważa istnienia Biełsatu za przeszkodę w normalizacji stosunków z Polską.

Jakież było zdziwienie w Mińsku, kiedy w grudniu 2016 r. pojawiły się informacje o problemach z finansowaniem Biełsatu. Plany cięć budżetowych i daleko idących reform w telewizji potwierdził nieco później minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski. W Mińsku wyciągnięto z tego jednoznaczne wnioski.

Łukaszenka nie liczy się ze słabeuszami

Dlaczego Radio Swaboda z redakcją w Pradze nie jest nagabywane przez tajniaków i ma oficjalne biuro w Mińsku? Dlaczego nadające swój program z Polski, ale finansowane przez Stany Zjednoczonej i Unię Europejską Europejskie Radio dla Białorusi bez problemów dostaje akredytacje? Dlaczego jego dziennikarze nie są na celowniku KGB? Odpowiedź jest oczywista, bronią ich wpływowe siły, a Aleksander Łukaszenka liczy się z siłą. Sprzeczne sygnały dotyczące tego, jaka będzie przyszłość telewizji Biełsat, spowodowały, że białoruskie KGB uznało ją za łatwy cel.

Stałe kary pieniężne nakładane na jej współpracowników oraz przejmowanie mienia telewizji są formą haraczu, który ściąga z Polski Białoruś. Przyzwalanie na ten stan rzeczy jest w oczach Łukaszenki ewidentną demonstracją słabości i uległości. Na Wschodzie ze słabeuszami się nie liczą.

Jeżeli Polska chce, by na Białorusi traktowano ją poważnie i liczono się z jej zdaniem, musi bronić swojej telewizji, a nie milcząco godzić się na przejmowanie jej mienia. W przeciwnym wypadku już niebawem Łukaszenka zacznie rozmawiać z Warszawą z pozycji siły.

Już widać pierwsze próby zaprowadzenia nowych standardów. 20 października poseł białoruskiego parlamentu Ihar Marzaluk oświadczył, że jeżeli Polska chce mieć dobre relacje z sąsiadem, to musi przeprosić za ludobójstwo, którego dopuściła się Armia Krajowa na Białorusinach. Deputowani nie mają zwyczaju od tak dzielić się swymi przemyśleniami na temat polityki zagranicznej. W ciągu dwóch dziesięcioleci Łukaszenka tak podporządkował sobie parlament, że nawet mucha tam nie przeleci bez wcześniejszej zgody administracji prezydenta. Jeżeli Marzaluk wypowiedział się na temat Polski, to z wielkim prawdopodobieństwem można założyć, że nie była to jego inicjatywa. Wygląda to na testowanie Warszawy. Powiodło się, żadnej oficjalnej reakcji na skandaliczne słowa i zarzuty nie było. Należy się więc spodziewać dalszej ofensywy Łukaszenki.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.