Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Widok rosyjskich manewrów onieśmiela i robi wrażenie. Gigantyczne poduszkowce wdzierają się z rykiem na plaże i wypluwają sotnie srogich żołnierzy. Helikoptery bojowe niszczą naziemne cele. Czołgi pożerają przestrzeń.

Od czasu kompromitującej jej armię wojny z Gruzją w 2008 r. Rosja rozwinęła zdolność szybkiego i skutecznego przemieszczania na duże odległości wielkich formacji ludzi i sprzętu.

Rozpoczynające się w czwartek w zachodniej Rosji i na Białorusi sześciodniowe ćwiczenia Zapad są największym pokazem militarnej siły Rosji od upadku ZSRR.

O tych manewrach wiemy niewiele. Nie znamy w szczególności liczebności zaangażowanych jednostek, ale oficjalny scenariusz jest obronny: trzy fikcyjne „państwa bandyckie”, Łubenia, Wesbaria i Wejsznoria, uderzają na Białoruś, która broni się z rosyjską pomocą.

embed

Celem Rosji jest doskonalenie i chwalenie się taktyką, logistyką i zdolnościami bojowymi w starciu z krajami NATO. Z grami wojennymi bywa różnie, ale Kreml wygrywa ewidentnie na innym froncie – w grze o umysły, która rozpętała się w minionym roku. Rosja potrafiła zredefiniować wymiary europejskiego bezpieczeństwa, wypromować się na równego strategicznego partnera Zachodu, wręcz stronę pokrzywdzoną w strategicznych zmaganiach. Oraz rzeczywiste zagrożenie dla krajów północno-wschodniej Europy.

Czytaj też: Zapad 2017 na Białorusi niczym koń trojański - Rosjanie tam wejdą i już nie wyjdą?

Rosja nie może się równać z NATO i UE

Prawdziwy obraz jest inny. Mimo wszelkich podziałów nękających Zachód Rosja nie równa się pod żadnym względem z NATO ani UE.

Rosyjska gospodarka ma wielkość kalifornijskiej, a jej ludność nie przekracza francuskiej i niemieckiej razem wziętych. Jej budżet obronny jest ogromny, ok. 70 mld dol., jednak tylko ośmioro sąsiadów – żadne militarne potęgi – wydaje łącznie 30 mld

Kraje te – Dania, Estonia, Finlandia, Łotwa, Litwa, Norwegia, Polska i Szwecja – mają na głowie tylko własną obronę, podczas gdy Rosja ma więcej trosk, m.in. Chiny i islamistyczne zagrożenie na południu, a także koszty utrzymania potencjału nuklearnego i militarnego programu kosmicznego. W ostatnich latach UE z dziecinną łatwością wynegocjowała nowe, niekorzystne dla Rosji umowy energetyczne.

Mówiąc krótko, Rosja może blichtrem i pozorami dorównywać ZSRR, ale jej faktyczna potęga jest równie krucha jak wioski księcia Potiomkina mające zachwycić Katarzynę Wielką

Nie może też Rosja pozwolić sobie na zerwanie z Zachodem. W epoce zimnej wojny radzieckie imperium było w znacznej mierze samowystarczalne. Dziś Rosja jest natomiast zintegrowana ze światową gospodarką i uzależniona od zachodniego systemu finansowego. Rosyjska elita trzyma pieniądze i zabawki na Zachodzie.

Kreml można za to oskarżyć o militarną eskalację w regionie bałtyckim. Kiedy w 2004 r. Estonia, Łotwa i Litwa przystąpiły do NATO, Zachód dokładał starań, żeby przekonać Rosję, że nie powinna czuć się zagrożona. NATO nie przygotowało nawet planów awaryjnych obrony nowych członków. Militarne struktury Paktu na wschodniej flance sprowadzały się do centrum konferencyjnego w Polsce.

Zapada 2017. Bataliony NATO oraz rosyjskie i białoruskie poligonyZapada 2017. Bataliony NATO oraz rosyjskie i białoruskie poligony źródło: materiały Ministerstwa Obrony Białorusi

Rosja uznała to za dowód słabości, więc zaczęła zastraszać i destabilizować sąsiadów. W 2007 r. Estonia, chroniona dziś przez kontyngent tysiąca żołnierzy pod brytyjskim dowództwem, padła ofiarą cyberataku kremlowskich hakerów. W 2014 r. oficer estońskich służb Eston Kohver został porwany w Rosji, a potem, jak u Kafki, uwięziony za nielegalne przekroczenie granicy. Nagminne są naruszenia przestrzeni powietrznej.

Punktem zwrotnym w postrzeganiu Rosji przez Zachód były manewry Zapad w 2009 r. – owiane tajemnicą i sześciokrotnie większe, niż zapowiedziano. Scenariuszem były inwazja i okupacja części bałtyckiego terytorium oraz nuklearny atak na Warszawę. Zmieniło to kompletnie perspektywę NATO. Sojusz, mimo zrzędzenia Niemiec i innych, przygotował wreszcie plan awaryjny. W krajach graniczących z Rosją stacjonują teraz wielonarodowe siły awaryjnego reagowania. Kontyngent w Estonii pod brytyjskim dowództwem dorównuje kanadyjskiemu na Łotwie. Z kolei Niemcy – rzecz zaskakująca jak na wpół pacyfistyczny kraj – odpowiadają za bezpieczeństwo Litwy. W Polsce dowodzą Amerykanie.

Siły te nie są w stanie zaatakować Rosji, miałyby wręcz poważne kłopoty, tylko się broniąc. Służą jednak zademonstrowaniu przez Zachód woli obrony nowych sojuszników. Gdyby Rosja zamieniła scenariusz Zapadu w realny plan wojenny, mogłaby w ciągu 24 godzin zająć Tallinn, Rygę i Wilno. Musiałaby jednak w tym celu zabić kilkuset żołnierzy z kilkudziesięciu krajów Zachodu, z których trzy – Wielka Brytania, Francja i USA – dysponują bronią jądrową. Efektem nie będą lokalne perturbacje, tylko totalna militarno-gospodarcza konfrontacja z Zachodem, w której Rosja poniesie przytłaczającą porażkę.

Metoda Kremla: zrobić wrażenie, a potem oskarżać o przewrażliwienie

Rzeczywistość nie sprzyja Rosji. Kreml stara się więc wpływać na mentalność Zachodu, także przez manewry Zapad i towarzyszące im propagandowe uderzenie. Pomysł jest taki: zrobić duże wrażenie, a potem oskarżać Zachód o przewrażliwienie. Rosyjski wiceminister spraw zagranicznych Grigorij Karasin potępił głosy zaniepokojenia Zapadem jako „sztuczną bufonerię”, histerię Zachodu, która ma maskować umacnianie się NATO na rosyjskich granicach.

Zapad 2017Zapad 2017 źródło: materiały Ministerstwa Obrony Białorusi

Rozsądna troska jest jednak usprawiedliwiona. Kreml okazał się zdolny do nieprzewidzianych, ryzykownych i agresywnych zachowań, podczas gdy Zachód ostatnio – jako niezdolny ani do jedności, ani do pokazu siły.

Niektórzy sądzą, że prawdziwym celem manewrów jest umocnienie się Rosji na Białorusi. Mińsk to niespokojny sojusznik Kremla, którego dziwny przywódca Aleksander Łukaszenka ledwie rozmawia z Putinem. I ilekroć psują się relacje z Moskwą, Łukaszenka rozpoczyna flirt z Zachodem. Postąpił tak ostatnio, m.in. podejmując jednostronną decyzję o bezwizowym wjeździe do jego autorytarnego kraju. Złości to Kreml, bo między Białorusią a Rosją nie ma kontroli granicznej.

Łatwo podczas Zapadu zorganizować w Mińsku prorosyjski zamach, dowodząc Zachodowi, że białoruski reżim to: przestępcza działalność, handel bronią i fałszowanie wyborów aż po polityczne zabójstwa. I faktycznie, nie chcielibyśmy bronić prawa Łukaszenki do prezydentury. Ale żądanie przejęcia władzy albo wręcz terytorium sąsiedniego, może nawet źle rządzonego kraju to fatalny precedens.

Dla sąsiadów Rosji manewry Zapad to celowe szarpanie nerwów. W 2015 r. Rosja odbudowała Pierwszą Gwardyjską Armię Pancerną, która w swym poprzednim wcieleniu była awangardą radzieckiej kontrofensywy na Berlin. Potem była siłą wiodącą inwazji Układu Warszawskiego na Czechosłowację w 1968 r. A teraz przewodzi manewrom Zapad.

Rosja lekceważy też nagminnie ustalenia regulujące zasady prowadzenia manewrów, w tym uprzednie zawiadomienie i obecność zagranicznych obserwatorów.

Zachód niewiele może przeciwstawić rosyjskiemu pokazowi siły w ramach Zapadu. Skromne siły NATO nie są w stanie wymierzyć ad hoc poważnego uderzenia, ich podstawowym planem są punktowe kontruderzenia w oczekiwaniu na przybycie ciężkich posiłków z USA, co zajmie pół roku. Krajom bałtyckim dramatycznie brakuje obrony powietrznej, NATO nie przewidziało również bezpośredniej reakcji na rosyjskie taktyczne uderzenie jądrowe. W razie ataku nie mamy drogi ucieczki – nasze siły nastawione są na obronę, w ciągu paru dni mogą zostać zepchnięte do morza.

Tak więc „nowa zimna wojna”, którą wielu do dziś uważało za mrzonkę, może się przerodzić w wojnę prawdziwą. Np. brytyjscy żołnierze po raz pierwszy od wojny o Falklandy muszą brać pod uwagę konfrontację z przeciwnikiem z „pierwszego świata”, jakże różnym od fanatycznych amatorów, z którymi mieli do czynienia w Iraku i Afganistanie.

Kto będzie gotów umierać za, powiedzmy, Tallinn

To może najistotniejsza rzecz, gdy chodzi o Zapad. Jeśli potraktujemy serio wizję militarnej interwencji Rosji, rodzi się pytanie o to, czy konfrontacja z Rosją jest warta ryzyka.

Kraje frontowe mają wątpliwości, czy ich zachodni sojusznicy chcą naprawdę odstraszać Rosję. A w krajach takich jak Wielka Brytania wielu się zastanawia, dlaczego blisko 30 lat po zimnej wojnie mamy zetrzeć się militarnie z Rosją, walcząc za jakieś odległe kraje, o których nic nie wiemy.

Kremlowska propaganda prezentuje więc potencjalne ofiary jako kraje bez przyjaciół, żerujące na innych, nieporadne i rządzone przez samolubnych, niekompetentnych ekstremistów

Jak w prawdziwej propagandzie, jest w tym ziarno prawdy. Emigracja jest poważnym problemem wielu postkomunistycznych krajów. Stopa życiowa jest tam nadal rozczarowująco niska. Niektórzy politycy jątrzą lub szerzą głupoty, często jedno i drugie. Warto jednak pamiętać, że Kreml często sam zaognia problemy, które potępia. Rosja jawnie i niejawnie wspiera politycznych ekstremistów na lewicy i prawicy, nie tylko w Europie Wschodniej.

Najważniejsze jest jednak to, że bezpieczeństwo Zachodu rośnie dzięki nowym członkom NATO i UE. Nie powodują one zadrażnień z Rosją, raczej je wyciszają.

W kraju takim jak Wielka Brytania, któremu, pomijając rok 1066, oszczędzono doświadczeń najazdu, trudno wyobrazić sobie doświadczenia zbiorowej pamięci krajów bałtyckich. Blizny radzieckich rządów są tam powszechne. Powstała tam też mocna kultura przetrwania. Narody bałtyckie – a także m.in. Polacy – lepiej niż my rozumieją rosyjskie zagrożenie. Od lat 90. ostrzegały nas przed rosyjską formułą: represje wewnątrz, agresja na zewnątrz. Od lat aplikowano im toksyczną propagandę, którą Rosja serwuje teraz starym zachodnim demokracjom.

Nasi frontowi sojusznicy widzą i rozumieją to, co dzieje się w Rosji – lepiej niż nasi najlepsi eksperci. Po odejściu Sowietów w 1991 r. odrodzona Estonia budowała swoje służby, wzorując się na MI6, stając się jednym z naszych najbardziej zaufanych partnerów w walce ze zorganizowaną przestępczością, szmuglowaniem nuklearnego wyposażenia i innymi problemami powstałymi po upadku ZSRR.

Litewskie służby dostarczyły – lepszego niż cokolwiek, co mamy – narzędzia śledzenia rosyjskich ataków propagandowych. Brytyjska 77. Brygada, wojskowi „Twitter Warriors”, używa litewskiego software'a, który umacnia antypropagandowe bariery. W latach 90., podczas wojny w Jugosławii, Łotysze pomogli przejąć transport przeznaczonych dla Miloszevicia rosyjskich rakiet. Itd.

Nie wystarczą dialog i dobra wola

Najgorsze dla Zachodu, jeśli chodzi o relacje z Rosją, jest to, że one muszą być trudne. Odruchowo zakładamy, że wszystkie problemy da się rozwiązać – wystarczą dialog i dobra wola. To złudzenie. Głupotą byłoby jednak winić za to ofiary, skoro winna jest Rosja. Poradziecka Rosja mogła zacząć od nowa w latach 90., odpowiadając za zbrodnie przeszłości. Tymczasem wcale nie uważa dziś aneksji krajów bałtyckich w 1940 r. za zło, uważa je nadal za usprawiedliwione. To tak, jakby Niemcy twierdzili dziś, że Hitler miał rację, odbierając Czechosłowacji Sudetenland, Polsce Gdańsk, a Francji połowę kraju.

Dawno temu „kokpitem Europy”, miejscem, gdzie ścierają się i mielą interesy mocarstw, była Belgia. Teraz są to kraje bałtyckie. W grę wchodzi nie tylko wiarygodność NATO – także całość powojennego porządku. Czy kraje przy rosyjskiej granicy mogą liczyć na rozkwit, bezpieczeństwo i wolność? Czy raczej będą wciąż prowincją dawnych imperialnych panów? Jeśli ma tak być, będzie to kres wielostronnego bezpieczeństwa, które uznawaliśmy za oczywistość.

Wielka Brytania wycofała się z regionu bałtyckiego w ramach angielsko-niemieckiego porozumienia z 1935 r. Ten nikczemny układ, skutek pokryzysowego myślenia, ułatwił zawarty cztery lata później pakt nazistowsko-radziecki.

Przełożył Sergiusz Kowalski

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.