Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piotr Bubak: Wszechogarniająca fala paniki. To było najmocniejsze doznanie. Mówię fala, bo jeżdżą karetki i wozy policyjne, ale ruch w okolicy Ramblas jest w miarę normalny. Nagle ktoś się dosiada na ławce i mówi łamaną angielszczyzną: „Coś się stało, chyba zamach albo coś takiego jak w Londynie”. Następnie wstaje i odchodzi jakby nigdy nic.

Wbiegam do sklepu, tam, gdzie miały być córki, nie widzę ich

>> Uderzenie w serce Katalonii. Kim są sprawcy?

To było dziwne i niepokojące, więc zastanawiam się i rozglądam, gdzie właściwie są moje dziewczyny: żona miała iść do banku, a dwie córki do sklepu. Miały wejść na chwilę. I nagle idzie fala paniki przez aleję, gdzieś słychać krzyk dzieci, płacz, który jeszcze przyspiesza falę. Ramblas jest wciąż zatłoczona, ludzie uciekają w zaułki, do sklepów, do banków. Wbiegam do sklepu, tam, gdzie miały być córki, ale nie mogę ich znaleźć, jakaś kobieta, która wbiega razem ze mną, przewraca się i łamie rękę. Potem siedzi daleko od wejścia na podłodze z tą złamaną ręką. Sprzedawczynie zamykają sklep, aby nikt się nie wdarł i nie zrobił krzywdy, ale też nikt nie może od tego momentu schronić się w sklepie. I nie mogę znaleźć moich dziewczyn, szukam po sklepie. Wiem, że muszą tam być, przelatuję przez przymierzalnie. W końcu są. Siedzą na zapleczu w komórce z innymi.

Niesamowite jest to, że zdarzenia, które teraz opisuję, dzieją się około 40 minut od samego zamachu.

>> Kim jest Driss Oukabir, główny podejrzany o przeprowadzenie zamachu w Barcelonie?

Obiecuję sobie, że następnego dnia wrócimy

W tym czasie mijają sklep karetki, co chwilę przejeżdżają wozy policyjne. Więc wydaje się, że sytuacja jest w miarę opanowana, że już jest trochę bardziej bezpiecznie. Podchodzimy do witryny sklepu, pada pytanie, czy ktoś chce wyjść. Przez szybę widzę żonę. Spotykamy się, szukamy bezpiecznego miejsca.

I znów - od placu Catalunya narasta gwałtownie fala paniki. Znów ludzie uciekają. Znów krzyki i płacze, panika się nakręca, wszyscy biegną w różne strony, tym razem my wbiegamy do przejścia podziemnego. I to jest kolejne 40 minut po pierwszej fali paniki, aż trudno uwierzyć, że to się dzieje tak długo.

>> Zamach w Barcelonie. Ludzie "fruwali w powietrzu" - mówią świadkowie

Ale nie, nie dziwię się, zaglądam do internetu, aby się zorientować, co się dzieje. Czytam: jest gdzieś drugi van, że szuka go policja, są zakładnicy, zamachowcy wciąż na wolności. Lata nad nami śmigłowiec. Mam poczucie i ludzie wokół zapewne też, że on nie obserwuje, on kogoś szuka, kto ucieka i może jeszcze zrobić coś złego. Odnajdujemy nasz samochód i wyjeżdżamy z Barcelony. Przez głowę przelatują mi wciąż myśli, co by się stało, gdyby córka nie namówiła mnie na pół godziny dłuższego pływania w morzu, gdybyśmy pół godziny wcześniej byli na Ramblas. Czy bylibyśmy tam, gdzie teraz leżą martwi ludzie. Ulice w Barcelonie są szerokie. I ciche teraz. Ludzie stoją w bramach. Jedziemy godzinę w milczeniu. Obiecuję sobie, że następnego dnia wrócimy. Zgadzamy się w samochodzie, że powinniśmy to zrobić. Położymy kwiaty.

>> Zamach w Barcelonie. Hiszpania - najgorliwiej przeciwdziałający terroryzmowi kraj w całej UE

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.