Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W ćwiczeniach „Zapad (Zachód) 2017”, jak deklaruje Moskwa, ma wziąć udział 12 tys. 700 białoruskich i rosyjskich żołnierzy oraz 680 pojazdów. To nie tak wiele i – zgodnie z zasadami Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE) – Rosja i Białoruś nie mają obowiązku zapraszać na nie międzynarodowych obserwatorów. Moskwa, jak skromnie zapowiada, skieruje na manewry 3 tys. swoich wojskowych, którzy – zgodnie z powtarzanymi deklaracjami ministerstwa obrony – będą ćwiczyć przede wszystkim u siebie, przy zachodniej granicy Federacji.

Z manewrów prosto na wojnę

Mimo tych obietnic, ekspertów i polityków bardzo niepokoi charakter i skala największej w tym roku operacji armii rosyjskiej, która ma trwać od 14  do 20 września. Jej dowódcy nauczyli się, jak rutynowe ćwiczenia prowadzić dalej, już jako prawdziwą akcję militarną.

Tak było choćby w sierpniu 2008 r., kiedy 58. armia prosto z kaukaskich poligonów poszła na Gruzję. Jej jednostki, jak się okazało, były na „manewrach” wyposażone w komplet ostrej, a nie ćwiczebnej amunicji. Oddziały pancerne miały wystarczająco dużo paliwa, wszelkich zapasów.

Dzięki temu rosyjskim czołgom błyskawicznie udało się przejść przez tunel Rokijski (pod głównym pasmem Wielkiego Kaukazu), zanim – co nie byłoby takie trudne – mogli go zniszczyć Gruzini. A blokada tego przejścia przez pasmo Kaukazu odcięłaby Rosjanom drogę do Osetii Południowej, gruzińskiej prowincji, o którą toczyła się wtedy wojna.

Prawda wychodzi na jaw post factum

Wiceprzewodniczący komisji obrony łotewskiego sejmu Karlis Seržants przypomina, że w manewrach „Zapad” w 2013 r. (są przeprowadzone co dwa lata, na przemian, raz w Rosji raz na Białorusi) brało udział kilkakrotnie więcej żołnierzy, niż awizowano.

I ówczesne, i obecne manewry zapowiadano jako ćwiczenia o charakterze obronnym, które nikomu nie zagrażają. A jednak, zdaniem parlamentarzysty, jednostki białoruskie i rosyjskie przeprowadzały wówczas pozorowany atak na strategiczny „przesmyk suwalski”, oddzielający Białoruś od obwodu kaliningradzkiego.

Podczas przeprowadzonych cztery lata wcześniej ćwiczeń „Zapad 2009” brano zaś „pod uwagę” atak jądrowy na Warszawę - co też wyszło na jaw już post factum.

Prymitywnym kłamstwem okazało się to, co generałowie zapowiadali przed ubiegłorocznymi „sztabowymi” manewrami „Kaukaz 2016”. Choć zapowiadano skierowanie na nie 12,5 tys. wojskowych, to – jak dowodzą rosyjskie źródła – ostatecznie wysłano dziesięć razy więcej żołnierzy (a według źródeł zachodnich aż dwadzieścia razy więcej).

Wojska Federacji Rosyjskiej na ćwiczeniach w rejonie Omska, 9 sierpnia 2017 r.Wojska Federacji Rosyjskiej na ćwiczeniach w rejonie Omska, 9 sierpnia 2017 r. Evgeny Sinitsyn Xinhua / eyevine / Xinhua / eyevine/EAST NEWS

Z kolei latem i jesienią ubiegłego roku armia Rosji przeprowadziła w pobliżu granic z Ukrainą operację wyglądającą na szeroko zakrojone przygotowania do frontalnej agresji na sąsiedni kraj. Rosjanie koncentrowali wojska, budowali mosty, przeprawy przez rzeki, prowizoryczne lądowiska. Na „wojenne” tory przestawiły się też administracje regionalne i lokalne, przeprowadzając próbną mobilizację rezerwowych, przemysłu i służb zaopatrzeniowych.

Armia w tysiącach wagonów

Teraz rosyjscy generałowie sami się zdemaskowali, nieopatrznie zdradzając, jak wielką operację planują podczas „Zapadu 2017”.

Na internetowej stronie tegorocznych kontraktów ministerstwa obrony znalazła się informacja, że resort zakontraktował na potrzeby armii 5 tys. 265 wagonów do transportu pojazdów wojskowych i żołnierzy. 4 tys. 126 z nich ma pojechać na Białoruś. To 83 razy więcej, niż wysyłano do tego kraju w 2016 r. I znacznie więcej, niż potrzeba do przewiezienia 680 czołgów oraz wozów pancernych i 3 tys. wojskowych, większość z których ma przecież nie jechać na Białoruś, tylko – zgodnie z deklaracjami dowódców – trenować na poligonach w Rosji.

Jeśli przyjąć za dobrą monetę zapowiadaną przez ministerstwo skromną skalę manewrów, przyszłoby uznać, że w każdym zakontraktowanym wagonie pojedzie na Białoruś tylko jeden żołnierz, a budżet zapłaci za jego przejażdżkę ponad 3 tys. 300 dolarów.

Bałtowie obawiają się wojny

Pozostaje tajemnicą, dlaczego rosyjscy generałowie chcą wysłać na Białoruś setki eszelonów. Sami Rosjanie tłumaczą to „rosnącą aktywnością NATO” w regionie bałtyckim.

Ten argument nie przekonuje. Do obwodu kaliningradzkiego, gdzie przecież stacjonuje ich Flota Bałtycka i niedawno utworzony 11. Korpus Armijny (dwie pełne dywizje), w ciągu całego roku ma być wysłanych tylko 60 wagonów.

Bałtowie widzą w transportowej aktywności sił zbrojnych Rosji zapowiedź tym razem już prawdziwej ofensywy na „przesmyk suwalski”.

Przed taką ewentualnością ostrzega m.in. litewski ekspert wojskowy Wajdas Salżonas, który w wywiadzie dla rozgłośni Voice of America ocenił niedawno, że „w czasie manewrów 'Zapad 2017' może dojść do czegoś takiego”.

Obawom Bałtów dziwić się nie należy, ale Władimir Putin nie ośmieliłby się pójść na takie ryzyko i doprowadzić do konfrontacji swoich żołnierzy z oddziałami USA i innych krajów NATO stacjonującymi na „przesmyku”. A prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka za nic nie dałby się wciągnąć w taką awanturę.

Waszyngton zapowiedział już, że na czas białorusko-rosyjskich manewrów wzmocni swoje siły na Litwie co najmniej o batalion.

Wejdą, nie wyjdą?

Istnieje natomiast obawa, że prawdopodobnie największe od czasu od zakończenia zimnej wojny manewry Moskwa wykorzysta do tego, by na stale zainstalować swoje jednostki na Białorusi, przy jej granicach z Ukrainą, państwami bałtyckimi i Polską.

Dowódca sił lądowych USA w Europie gen. Ben Hodges ostrzega, że wprowadziwszy swoje wielkie siły na Białoruś, Rosjanie zostawią je tam już na stałe.

– Są obawy, że manewry mogą się okazać koniem trojańskim. Rosjanie mówię, że prowadzą po prostu ćwiczenia, a potem instalują swych żołnierzy i technikę wojskową – powiedział generał tygodnikowi „The Economist”.

Rosja tworząca z Białorusią „związek państwowy” (ZBiR), formalnie ma z nią wspólną przestrzeń obronną. Oba kraje mają połączony w jedną całość system obrony przeciwlotniczej.

Rosyjscy dowódcy uparcie dążą do ulokowania u sąsiada np. pułku wielofunkcyjnych myśliwców Su-27SM3 (24 maszyny) oraz śmigłowców Mi-8. Minister obrony Siergiej Szojgu dawno zapowiadał, że rozpoczną one służbę na Białorusi już w 2015 r.

Wciąż jednak nie udało się zrealizować tego pomysłu. Prowadzący swoją grę z Moskwą Łukaszenka uparcie usiłuje zachować niezależność. Przyznaje, że zamiast rosyjskich maszyn wolałby mieć kilkadziesiąt swoich myśliwców, bo właśnie tych mu brakuje „jako głównodowodzącemu”.

Rosjanie mają więc u partnerów ze ZBiR-u wciąż jedynie stację radiolokacyjną „Wołga” w Gancewiczach, centralę łącznościową swojej marynarki w Wilejce oraz skrzydło myśliwców pełniących rotacyjnie służbę w bazie w Baranowiczach.

To, co podrzucą sąsiadom w 4 tys. 126 wagonach, pozwoliłby im mocno zapuścić u nich korzenie i militarnie ostatecznie ich sobie podporządkować.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.