Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

– Jest za wcześnie, by mówić, że ta sprawa trafi do sądu – oświadczył we wtorek szef KGB, generał Walery Wakulczyk, odpowiadając na pytania dziennikarzy. Według niego śledczy wnikliwie badają dowody dotyczące wszystkich aresztowanych w związku z rzekomym przygotowywaniem zamieszek.

– Ekstremizm to poważny zarzut, a śledczy obiektywnie badają tę sprawę. I nawet jeżeli mamy wewnętrzne przekonanie o winie tych ludzi, ale nie mamy dowodów, umarzamy postępowanie – tłumaczył Wakulczyk.

– Po prostu od samego początku była to prowokacja służb. Nie mają żadnych dowodów naszej winy, więc z czym pójdą do sądu? Dlatego teraz wycofują oskarżenia – mówi Zmicier Daszkiewicz, lider opozycyjnej młodzieżówki Młody Front, jeden z oskarżonych, wobec których już wycofano zarzuty.

Łukaszenka straszy przewrotem

21 marca białoruski prezydent Aleksander Łukaszenka ogłosił, że KGB aresztowało grupę uzbrojonych bojowników zamierzających zdestabilizować kraj. Ich obozy szkoleniowe miały znajdować się w Polsce, na Ukrainie i na Litwie. Również te państwa miały ich finansować.

W lutym i w marcu Białorusią wstrząsały protesty przeciwko tzw. podatkowi na bezrobocie. Zgodnie z dekretem Łukaszenki każdy obywatel, który przepracował w ciągu roku mniej niż 183 dni, miałby zapłacić równowartość 800 zł. Wywołało to falę protestów.

Według rządowej propagandy oskarżeni chcieli wykorzystać te protesty do destabilizacji kraju. W ciągu kilkunastu godzin po wypowiedzi prezydenta służby specjalne aresztowały kilkudziesięciu mężczyzn. Część z nich w latach 90. należała do nacjonalistycznego Białego Legionu, który jednak po 2000 r. został rozwiązany. Zdaniem rządowych mediów organizacja nadal istniała, tyle że w podziemiu, by przez lata przygotowywać się do obalenia Łukaszenki.

Ostatecznie 26 zatrzymanym postawiono zarzuty przygotowywania zamieszek bądź przynależności do organizacji ekstremistycznej.

Dlaczego władza się wycofuje?

Dopóki w kraju trwały protesty, sprawa „bojowników” była szeroko relacjonowana w reżimowych mediach. Pisano o broni, przygotowaniach do Majdanu i wojnie domowej. Gdy protesty społeczne ustały, sprawa zniknęła z pierwszych stron gazet, a KGB zaczęło po cichu wypuszczać aresztowanych. Początkowo zmieniano im środek zapobiegawczy z tymczasowego aresztu na nieopuszczanie miejsca zamieszkania, a później zaczęto umarzać postępowania wobec poszczególnych osób.

– W czasie protestów ta sprawa była straszakiem dla opinii publicznej i próbą dyskredytacji opozycji na zasadzie: zobaczcie, to przecież terroryści. Kiedy protesty się zakończyły, przestała być potrzebna i stała się tylko kulą u nogi – uważa politolog Walery Karbalewicz z analitycznego centrum Strategia.

Jego zdaniem władze nie chcą psuć relacji z Zachodem i dlatego nie chcą pojawienia się na Białorusi nowych więźniów politycznych, a z drugiej strony nie mogą też po prostu wszystkich zwolnić i uznać, że zaszło nieporozumienie. – Dlatego wycofują się powoli, obserwując, jak reaguje na to społeczeństwo – mówi Karbalewicz.

W więzieniu pozostaje jeszcze 14 osób. Nieoficjalnie wiadomo, że nie przyznają się do winy. Zmicier Daszkiewicz jednak uważa, że co najmniej kilku z nich zostanie postawionych przed sądem i skazanych. – Zbyt dużo hałasu robiono wokół tej sprawy. Ale dziś władze nie są zainteresowane surowymi wyrokami, wątpię, by kogoś skazano na pozbawienie wolności – powiedział Daszkiewicz.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.