Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W niedzielę w południe blisko sto osób wyszło na plac Kastrycznicki w Mińsku, by zaprotestować przeciwko brutalnemu rozpędzeniu przez służby specjalne sobotniej demonstracji w stolicy. Akcję zwoływano spontanicznie w sieciach społecznościowych.

Już o 11 w okolice placu władze ściągnęły wzmocnione patrole OMON-u.

– Jest mi wstyd za prezydenta Łukaszenkę, za nasze państwo i za naród, który władza wczoraj zhańbiła – emocjonalnie tłumaczył swój udział w akcji jeden z uczestników.

"Lepiej być dyktatorem, niż pedałem" - mówi Łukaszenka i rządzi tak Białorusią od 23 lat

Gdy tylko demonstranci zaczęli się gromadzić na placu, natychmiast rozpoczęły się zatrzymania. Ludzi chwytano i wciągano do więziennych samochodów. Według szacunków niezależnych mediów zatrzymano ok. 40 osób. Znalazła się wśród nich znana działaczka Tacciana Rawiaka z Centrum Obrony Praw Człowieka „Wiosna”, która obserwowała przebieg wydarzeń. Zatrzymano też ekipę telewizji Biełsat.

Podobne spontanicznie zwoływane przez internet akcje solidarności odbyły się też w Grodnie, Bobrujsku, Brześciu, Pińsku, Reczice i Biariozie. Wszędzie milicja zachowywała się brutalnie.

– Ludziom nie pozwolono się nawet zgromadzić. Ponieważ większość lokalnych liderów opozycji aresztowano już wcześniej, był to absolutnie spontaniczny protest – mówi „Wyborczej” grodzieński dziennikarz Andrei Mieleszka

Według niepełnych informacji w Grodnie zatrzymano trzy osoby, w Bobrujsku - ponad 40, w Brześciu - ok. 15.

Gdzie jest Statkiewicz

Od trzech dni nieznany jest los jednego z opozycyjnych przywódców, Mikoły Statkiewicza. KGB twierdzi, że nie wie, gdzie może się on znajdować.

W sobotę wieczorem rządowa telewizja Białoruś 1 pokazała Siarhieja Kuncewicza, działacza Białoruskiego Narodowego Kongresu, któremu przewodniczy Statkiewicz, zatrzymanego przez KGB jeszcze w sobotę rano. W jego samochodzie miano znaleźć koktajle Mołotowa.

– Tym samochodem miałem wieźć Mikołę Statkiewicza – powiedział do kamery Kuncewicz.

Żona Statkiewicza Maryna Adamowicz w poniedziałek zamierza złożyć zawiadomienie o zniknięciu męża.

Poszerzyć geografię protestu

– To wszystko nie zastraszyło Białorusinów - wciąż organizują demonstracje. Ale nie wolno nie doceniać siły systemu. Represyjny aparat pracuje, służby specjalne i sądy są gotowe wykonać każde polecenie władzy – powiedział „Wyborczej” lider Zjednoczonej Partii Obywatelskiej Anatol Labiedźka.

Jego zdaniem główne wyzwanie, jakie obecnie stoi przed opozycją, to poszerzenie geografii protestu i włączanie doń wciąż nowych ludzi rozczarowanych sytuacją gospodarczą w kraju.

Łukaszenka głuchy na apele Zachodu

Unia Europejska i Stany Zjednoczone nawołują władze Białorusi do uwolnienia wszystkich aresztowanych uczestników pokojowych protestów. Oświadczenie w tej sprawie złożył też polski MSZ. „Apelujemy o zaprzestanie stosowania przemocy przez służby porządkowe i o natychmiastowe zwolnienie zatrzymanych z aresztów. Podstawy, na których UE chce budować trwałe relacje z Białorusią, to poszanowanie praw człowieka i podstawowych wolności” – napisano w oświadczeniu.

Reakcja Zachodu na wydarzenia w Mińsku wywołała oburzenie władz. Rzecznik MSZ Dzmitryj Mirończyk oświadczył, że białoruskie służby działają w warunkach zagrożenia terrorystycznego i chcą zapobiec ewentualnemu rozlewowi krwi.

– Akcja miała charakter bezprawny, za udział w podobnych wystąpieniach ponosi się odpowiedzialność w każdym państwie na świecie – powiedział Mirończyk, zaznaczając, że działania służb specjalnych były adekwatne do wydarzeń i że odpowiadały międzynarodowym standardom.

Najpoważniejsze represje od 2010 r.

Od 17 lutego w całym kraju trwają akcje protestacyjne. Wywołał je podatek nałożony na bezrobotnych prezydenckim dekretem nr 3 (każdy obywatel, który w ciągu roku przepracował mniej niż 183 dni, miałby zapłacić równowartość 800 zł). Mimo iż jakiś czas temu dekret został zawieszony na rok, oburzeni Białorusini nie przestają demonstrować. Wychodzili już na ulice wszystkich najważniejszych miast.

Kulminacją miała się stać sobotnia akcja w Mińsku, jednak służby specjalne brutalnie ją spacyfikowały, aresztując ponad 700 uczestników. Część została już zwolniona; pozostałych – według niepełnych danych może chodzić o blisko 400 osób – czekają rozprawy sądowe. Grozi im kara grzywny bądź kilkanaście dni aresztu.

Zdaniem obrońców praw człowieka obecna fala represji jest największą od 2010 r., kiedy to reżim brutalnie spacyfikował protesty przeciwko sfałszowaniu wyników wyborów prezydenckich (po raz czwarty z rzędu zwyciężył w nich Łukaszenka).

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.