Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W ubiegłą sobotę niedaleko od Baranowicz samochód potrącił 36-letnią Olgę Strelkowską, która przechodziła przez jezdnię. Kobieta zginęła na miejscu. Za kierownicą siedział szef milicji drogowej Baranowicz major Andrej Wołkawicki. Był pijany, w jego krwi wykryto 3 promile alkoholu. – Śledczy podjęli decyzję o jego tymczasowym aresztowaniu – powiedziała sekretarz prasowy Komitetu Śledczego Julia Hanczarowa. Milicjant został zwolniony z MSW. Grozi mu do siedmiu lat pozbawienia wolności.

Fala milicyjnej przemocy

Szybka reakcja w tej sprawie jest pierwszym przypadkiem, kiedy milicjant oskarżony o popełnienie przestępstwa natychmiast trafia za kraty. Eksperci wiążą pokazowe ukaranie Wołkawickiego z falą oburzenia demoralizacją milicji. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy Białorusią wstrząsnął szereg ekscesów z udziałem milicjantów.

18 sierpnia w Mińsku milicyjny OMON zatrzymał dwóch nastolatków będących pod wpływem alkoholu. W trakcie zatrzymania i później w samochodzie milicyjnym byli oni brutalnie bici. Milicjanci grozili im zbiorowym gwałtem, a później jeden z funkcjonariuszy miał obsikać głowę pobitego nastolatka.

12 lipca w mieście Stolin milicjant Wadzim Pryłucki pobił dziewięcioletniego chłopca. – Rzucił mnie na ziemię, bił z całej siły, później wstałem, a on znów rzucił mnie na ziemię i bił – opowiadał chłopiec w wywiadzie dla telewizji Biełsat.

Wszystko to odbywało się na oczach innych dzieci i - jak się później okazało - atak wściekłości milicjanta był spowodowany tym, że syn mężczyzny stwierdził, że został przez dziewięciolatka pobity.

4 września w Mińsku do mieszkania lekarza Dzmitrija Siarady wtargnął specnaz. Wybito drzwi, mężczyzna na oczach swojej żony, która była w ciąży, i dzieci został przewrócony na podłogę, skuty kajdankami i pobity. Później okazało się, że nie popełnił żadnego przestępstwa, a akcja milicji była pomyłką.

20 września w więzieniu śledczym w Żodino w wyniku obrażeń ciała zmarł 37–letni Ihar Barbaszynski.

Razem z bratem w marcu 2016 roku zostali zatrzymani w Słucku. Obydwaj byli nietrzeźwi. Już następnego ranka przewieziono ich z obrażeniami ciała do szpitala, obydwaj mieli m.in. złamane żebra. Według braci na komisariacie bito ich i poniżano. Jednak to oni zostali oskarżeni o stawianie oporu milicjantom i trafili do aresztu w Żodino. Tam nadal byli bici, co doprowadziło do śmierci Ihara.

O podobnych ekscesach z pobiciami w ostatnich miesiącach białoruska prasa informowała jeszcze czterokrotnie. Wszystkie te wydarzenia łączy jedno – nikt z funkcjonariuszy nie poniósł kary za swoje czyny. Co więcej, to ofiary milicyjnej przemocy, jeżeli domagały się pociągnięcia milicjantów do odpowiedzialności, były oskarżane o wykroczenia lub przestępstwa.

Minister węszy spisek

– Analizując doświadczenie kolorowych rewolucji, mogę powiedzieć, że wszystkie one zaczynały się od dyskredytacji władzy. W Białorusi MSW jest najmocniejszym argumentem władzy w dziedzinie utrzymania porządku prawnego. Sądzę, że teraz u nas rozgrywa się podobny scenariusz – powiedział w czwartek w obszernym wywiadzie udzielonym telewizji Biełaruś 1 minister Ihar Szuniewicz

Jego zdaniem opozycja, rozpowszechniając informacje o milicyjnej przemocy, próbuje zdyskredytować władze i MSW. Szuniewicz nazwał doniesienia medialne o ekscesach z udziałem milicji „wojną informacyjną przeciwko MSW”.

Jednak nie wszystkich podobne argumenty przekonują. – Jest to próba ucieczki od odpowiedzialności. Nikt tych zdarzeń nie wymyślił, one zdarzyły się naprawdę. Jest to realny problem i jego nie da się wytłumaczyć jakimś spiskiem – powiedział "Wyborczej" białoruski politolog Uładzimir Mackiewicz, szef Agencji Technologii Humanistycznych.

– Zawsze się zdarzają jakieś ekscesy w pracy. Jednak obecnie przemoc, zatajanie nadużyć i obrona  funkcjonariuszy w wypadku ich ujawnienia stały się powszechnym zjawiskiem – powiedział "Wyborczej" jeden z byłych funkcjonariuszy MSW

Przewodniczący opozycyjnego Ruchu o Wolność Jury Hubarewicz przekonuje, że sednem rządów Aleksandra Łukaszenki jest zastraszanie społeczeństwa. Tłumaczy on brak reakcji władz na ujawnione nadużycia milicjantów rolą, jaką MSW odgrywa w ramach białoruskiego systemu. – Brak kary za nadużycia ma wspierać gotowość do wykonania każdego rozkazu, by utrzymać społeczeństwo w strachu – powiedział Wyborczej Hubarewicz.

Wykrywacz kłamstw – recepta przeciwko rewolucji

Bez względu na wojownicze oświadczenia minister Szuniewicz został jednak zmuszony do reagowania na ekscesy swoich podwładnych. Po wypadku z udziałem szefa baranowickiej drogówki zarządził on sprawdzenie wszystkich funkcjonariuszy białoruskiej drogowej milicji na wykrywaczu kłamstw. Wiadomo, że milicjanci są pytani m.in. o branie łapówek, spożywanie alkoholu w pracy i nadużywanie swoich pełnomocnictw.

– Na razie sprawdziliśmy 700 osób, z czego trzecia część nie przeszła badania i zostanie zwolniona z milicji – oświadczył minister

– To jest słaba, ale jednak próba zapanowania nad sytuacją. Minister przyznaje, że problem rzeczywiście istnieje – uważa Hubarewicz. Według różnych danych liczba funkcjonariuszy białoruskiego MSW jest oceniana na 70-120 tysięcy. Jest to największy białoruski resort siłowy.

Zobacz też: Deal z Łukaszenką? O polskich inwestycjach i manewrach na Białorusi w "3x3"

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.