Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Film „Ślady na wodzie” powstał na podstawie książki emerytowanego pułkownika MSW Mikołaja Ilińskiego „Obcy wśród swoich”, która opowiada o walce sowieckiej bezpieki z Armią Krajową. Autor podkreśla, że jest oparta na faktach. Rzeczywiście pojawiają się w niej historyczne postacie, np. kawaler Virtuti Militari major AK Jan Piwnik „Ponury” czy porucznik Czesław Zajączkowski „Ragner”. U Ilińskiego są to skrajnie negatywne, wręcz zbrodnicze postacie. Główny wątek fabuły stanowi polowanie sowieckich służb na byłego niemieckiego agenta w swoich szeregach, w tle są walki z AK.

Wydarzenia rozgrywają się w niewielkim białoruskim miasteczku, położonym tuż przy granicy z Polską. Mamy tam bandę Rysia. Nie określamy, czy jest to banda z Polski. Są tam ludzie, którzy mówią po polsku, ale staraliśmy się uniknąć drażliwych kwestii narodowych – mówi „Wyborczej” reżyser Aleksander Anisimau

Podkreśla, że scenariusz oparto na książce Ilińskiego, ale fabuła została przez niego gruntownie przepracowana.

„To fabularna rekonstrukcja rzeczywistych wydarzeń, które opowiadają o walce białoruskiej milicji z bandytyzmem w pierwszych latach po wojnie” – napisała gazeta „Na straże” wydawana przez MSW.

Anisimau przyznaje, że w filmie są drastyczne sceny przemocy, np. wrzucanie nagich ofiar do studni, których mieli się dopuszczać żołnierze AK. Jak jednak podkreśla, są to autentyczne wydarzenia z przeszłości.

Zadbaliśmy o to, by fabuła odpowiadała historycznej rzeczywistości. Konsultantami byli funkcjonariusze MSW – mówi Anisimau

Twórcy filmu zaplanowali premierę na 4 marca 2017 r., czyli w 100. rocznicę utworzenia w Mińsku sowieckiej milicji ludowej.

– Za nami już zdjęcia, teraz pracujemy nad dźwiękiem – mówi „Wyborczej” producent filmu Antonina Karotkaja.

AK to kaci i bandyci

W oficjalnej białoruskiej historiografii Armia Krajowa jest przedstawiana jako skrajnie reakcyjna i wroga Białorusinom siła. W szkołach dzieci są nauczane o tym, że działalność AK sprowadzała się do mordowania cywilów.

„W latach 1943-1944 prowadzili działania przeciwko sowieckiemu podziemiu, partyzantom, Armii Czerwonej i wszystkim tym, którzy nie popierali idei odnowienia polskiego państwa w granicach z 1939 r. W 1944 r. oddział akowców spalił razem z mieszkańcami wieś Łukasze, w tym samym roku zniszczyli wsie Turejsk i Zaborje. Ofiarami akowskiego terroru padło 10 tys. obywateli Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Przede wszystkim byli to cywile, rodziny partyzantów oraz przedstawiciele białoruskiej inteligencji” – można przeczytać o AK-owcach w podręczniku „Historii Białorusi” dla dziesiątej klasy.

Dane o spaleniu przez AK białoruskich wsi pochodzą z doniesień dowódców sowieckich oddziałów partyzanckich. O spaleniu w nocy z 24 na 25 lutego 1944 r. wsi Turejsk i Zaborje informował Stiepan Szupienia, sekretarz działającego w podziemiu baranowickiego obwodowego komitetu partii komunistycznej. 15 marca 1944 r. sowiecki oddział partyzancki „Czerwonogwardyjski” informował centralę ruchu w Moskwie o walce z oddziałem AK, który ukrywał się na dachach domów we wsi Turejsk, według Szupieni spalonej doszczętnie dwa tygodnie wcześniej.

Polskie oraz inne sowieckie źródła (m.in. raporty sowieckich komisji ds. badania zbrodni popełnionych w trakcie okupacji, powołanych przez władze ZSRR po zajęciu terenów Grodzieńszczyzny) nie potwierdzają doniesień o pacyfikacji wspomnianych wsi przez AK. Ale dzięki podręcznikom szkolnym teza o paleniu przez AK białoruskich wsi jest popularna na Białorusi i w ostatnich latach jest coraz częściej lansowana przez lokalnych historyków.

Podręczniki są strasznie zideologizowane, na dodatek są marnej jakości. Opisując AK, zupełnie nie bierze się pod uwagę tego, że ludzie walczyli o swoje państwo, które podzieliły między siebie ZSRR i Niemcy. Uważam, że podobne kwestie powinny być badane wspólnie przez polskich i białoruskich historyków – mówi „Wyborczej” białoruski historyk Anton Astapowicz, szef Białoruskiego Towarzystwa Ochrony Pomników Historii i Kultury

Dodaje, że dopiero takie badania pozwolą uniknąć sytuacji, w której historia rozpala waśnie pomiędzy Polską a Białorusią.

Minister – fan NKWD

„Ślady na wodzie” to pierwszy białoruski film poświęcony powojennej walce z podziemiem antykomunistycznym. Uzyskał status kina narodowego i jest w całości finansowany z państwowego budżetu. Jak dowiedziała się „Wyborcza”, temat walki z polskim podziemiem zyskał na znaczeniu dzięki inicjatywie ministra spraw wewnętrznych gen. Ihara Szuniewicza.

– Pomysł zrobienia filmu o walce z AK według książki Ilińskiego pojawił się osiem lat temu, jednak nikt nie chciał dać na niego pieniędzy. Szuniewicz postanowił go wcielić w życie i dzięki niemu powstaje ten film – mówi „Wyborczej” pracownik Biełarusfilmu.

Szuniewicz chciał, by film wyreżyserował znany rosyjski reżyser Jegor Konczałowski, ale ostatecznie z jego usług zrezygnowano, gdyż zabrakło pieniędzy na jego honorarium. Szef MSW od lat jest zaangażowany w prowadzenie białoruskiej polityki historycznej. Z jego inicjatywy w podległym mu ministerstwie wprowadzono kult sowieckiego NKWD. Na wszystkich komisariatach odnowiono tablice pamiątkowe ku czci funkcjonariuszy NKWD zabitych w walkach z podziemiem antykomunistycznym. Na defilady z okazji dnia zwycięstwa w II wojnie światowej Szuniewicz wkłada czasem mundur NKWD.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.