Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

- Rezygnujemy z prowadzenia badań, gdyż władze zniszczyły siatkę naszych ankieterów. Nikt nie chce stracić pracy albo zostać wyrzuconym ze studiów, a tym bardziej trafić do więzienia - mówił w wywiadzie dla portalu Białoruskie Nowosti profesor Aleh Manajeu, szef NISEPI, przebywający obecnie w Stanach Zjednoczonych.

31 lipca stacja Białoruś 1 pokazała film dokumentalny "Prymat NISEPI", w którym padają zarzuty wobec ośrodka, że ten nie prowadzi żadnych badań. Rzekomo opiera się w swoich analizach na sfabrykowanych danych i jest finansowany przez zachodnie fundacje. W dokumencie ujawniono nagrania rozmów z ankieterami, którzy przyznali się do manipulacji. Film, który anonsowano jako dziennikarskie śledztwo, był anonimowy.

Zdaniem Manajeua stoją za nim służby specjalne, a pracowników NISEPI zmuszono do powtórzenia przed kamerą zmyślonych zarzutów wobec pracowni. Anonimowi autorzy filmu twierdzili, że przekazali informacje o nadużyciach NISEPI służbom, co odczytano jako zapowiedź represji w stosunku do ośrodka badań. Celem tej akcji, zdaniem szefa sondażowni, było jej zniszczenie.

- W najbliższej przyszłości nie będziemy w stanie prowadzić badań, gdyż nie możemy wystawiać ludzi na niebezpieczeństwo - oświadczył Manajeu.

NISEPI był jedyną niepaństwową pracownią, która od 1992 r. prowadziła regularne badania dotyczące preferencji politycznych Białorusinów. W 2005 r. zlikwidowano ją decyzją sądu najwyższego. Manajeu zarejestrował wówczas NISEPI na Litwie i nadal kontynuował pracę na Białorusi. Jego działalność była wielokrotnie krytykowana przez rządzących, ale również przez opozycję. Pracowni zarzucano stronniczość i kwestionowano rzetelność badań. Pomimo krytycznych uwag obydwie strony chętnie powoływały się na jej wyniki, jeżeli te były przychylne dla obozu, który reprezentowały.

- Badania NISEPI prowadzono w państwie autorytarnym, były półlegalnie i na pewno nieidealne, ale to było lustro nastrojów społecznych. Tym ważniejsze, że wyniki wyborów są tu kontestowane - mówi "Wyborczej" białoruski politolog Aleksander Kłaskouski, kierownik projektów analitycznych agencji Biełapan.

Uderzenie w NISEPI ma miejsce w czasie kampanii wyborczej. 11 września Białorusini wybiorą swoich reprezentantów do niższej izby parlamentu. Dotychczasowe wyniki badań pracowni różniły się od oficjalnych wyników wyborów, a ostatni sondaż z czerwca wskazywał spadek popularności Aleksandra Łukaszenki. Poparcie dla prezydenta wyniosło 29,5 proc. Ponadto 38,6 proc. ankietowanych deklarowało zaufanie do Łukaszenki, a 48 proc. twierdziło, że mu nie ufa.

Zdaniem publicysty Pauluka Bykouskiego z portalu Biełaruski Rynok atak na NISEPI może być związany ze zbliżającymi się wyborami.

- Reżimowe służby zwalczają "kolorową rewolucję". Z ich punktu widzenia NISEPI, ogłaszające rzeczywisty wynik wyborów, może być zagrożeniem - mówi "Wyborczej" Bykouski. Ponadto uważa, że wpływ na decyzję Manajeua mogła mieć też kondycja finansowa sondażowni.

- Wsparcie finansowe dla wszystkich białoruskich projektów jest mniejsze. Z tego względu NISEPI jest osłabiony i podatny na presję - uważa Bykouski.

Aleksander Kłaskouski uważa, że zakończenie badań NISEPI będzie miało wpływ na rządzących i opozycję.

- Łukaszenka nie ma pojęcia o nastrojach społecznych. Służby specjalne mówią mu o spiskach, a rządowa propaganda kłamie. Publiczne wypowiedzi prezydenta sugerują, że w wielu sprawach na jego stanowisko miały wpływ badania NISEPI. Z drugiej strony pracownia nie pozwalała opozycji zanurzyć się w "sztuczną rzeczywistość", w której nikt nie popiera Łukaszenki, a jego władza opiera się na strachu i służbach specjalnych. Teraz to lustro zostało rozbite - uważa Kłaskouski.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.