Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Prowadzimy dochodzenie przeciw Uładzimirowi Kondrusiowi, który brał udział w zamieszkach w 2010 r. - poinformował w środę białoruski Komitet Śledczy.

Kondruś, 39-letni mieszkaniec miasteczka Rudensk leżącego koło stolicy, jest przetrzymywany w areszcie od 14 czerwca pod zarzutem udziału w zamieszkach w wieczór wyborczy 19 grudnia 2010 r. Białoruska Centralna Komisja Wyborcza ogłosiła wtedy kolejne zwycięstwo Aleksandra Łukaszenki w wyborach prezydenckich. Opozycja uznała to za fałszerstwo i wezwała zwolenników do wyjścia na ulice.

Protest został brutalnie zdławiony. Aresztowano ponad 650 osób, w tym siedmiu kandydatów na prezydenta. Wobec 48 uczestników wszczęto postępowania karne, zostali skazani na kilka lat więzienia. Międzynarodowe organizacje praw człowieka uznały wszystkich za więźniów politycznych.

- Sprawa Kondrusia niczym się nie różni od spraw innych wówczas skazanych osób. W naszej ocenie jest on więźniem politycznym - powiedział „Wyborczej” szef Centrum Obrony Praw Człowieka „Wiosna” Aleś Bialacki.

Kondruś, który uczestniczył w proteście i brał udział w starciach z milicją, nie został w 2010 r. zatrzymany. Dlaczego do jego sprawy powrócono po pięciu latach?

Przyczynił się do tego niezależny tygodnik „Nasza Niwa”, który w marcu br. opublikował w internecie zdjęcie Kondrusia uczestniczącego w proteście 25 marca 2016 r. w Mińsku, a obok jego zdjęcia z 19 grudnia 2010 r. Redaktorzy napisali, że widoczny na fotografiach mężczyzna może być prowokatorem, który jako pierwszy zaczął pięć lat wcześniej wybijać szyby w oknach budynku rządu. Właśnie to było bezpośrednią przyczyną ataku sił milicyjnych na protestujących.

- Opublikowaliśmy zdjęcia tego człowieka i dziś nic nie możemy dodać ani jednoznacznie stwierdzić - powiedział „Wyborczej” redaktor naczelny „Naszej Niwy” Andrej Dyńko.

Bialacki krytycznie ocenia publikację „Naszej Niwy”, mówiąc, że to przykład polowania na czarownice. - Niestety, to nie pierwszy wypadek, kiedy uczestnicy protestu są bezpodstawnie oskarżani o rzekomą współpracę ze służbami specjalnymi. Później takie osoby były skazywane na więzienie. Jeżeli oskarżasz człowieka, powinieneś mieć twarde dowody - mówi Bialacki.

Dlaczego władza po tak długim czasie postanowiła ścigać opozycjonistę? Białoruski politolog Walery Karbalewicz z Centrum Analitycznego „Strategia” widzi kilka możliwości: - Może chcieli pokazać, że każdy, kto podnosi rękę na władzę, zawsze zostanie ukarany? Możliwe też, że nowi więźniowie polityczni są potrzebni jako karta przetargowa w pertraktacjach z Zachodem.

W ciągu ostatniego roku relacje Mińska z Zachodem wyraźnie się ociepliły. Jedną z przyczyn tego było to, że na Białorusi nie było więźniów politycznych. Teraz jednak za kratkami znalazł się Kondruś. Białoruscy obrońcy praw człowieka niewątpliwie uznają go za więźnia politycznego. Grozi mu do ośmiu lat więzienia.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.